Rozdział 129 „Nowy początek”

Przypomnienie:

Kendall i Jo: Jo namawia Kendalla, na wspólny zakup sukni wieczorowej, z okazji zbliżającej się premiery filmowej Taylor. Przygotowują się również na czwartkowe przyjęcie urodzinowe mamy Jo.

Logan i Camille: Dwa lata po zerwaniu, nic się nie zmieniło. Camille i Logan wciąż się nie zeszli. Na domiar złego ich „przyjaźń” służy tylko jednej stronie. Roberts nie ukrywa, że wciąż brakuje jej Logana, jednak na jej drodze, pojawia się atrakcyjny, przyjacielski Dylan, który próbuje wyrwać Camille z nieprzyjemnego wiru miłosnego.

James i Amber: Rozwiązanie zespołu, dało szanse parze na wspólne spędzenie czasu, jednak niekomfortowo przeszkadza im w tym praca Amber. Naciskający na Jenson szef, nie daje jej chwili wytchnienia. Sprawiło to, rozpoczęcie burzliwej kłótni między kochankami. Zraniony James, niekontrolujący emocjami, wyjeżdża poza granice stanu Kalifornii. Natrafia na Judith, która proponuje mu taniec w klubie ze striptizem w zamian za pomoc. Niespodziewanie pojawia się tam Amber. 

Carlos i Stephanie: Stan zdrowotny Carlosa poprawia się z każdym dniem, jednak relacje jego przyjaciół, niestety nie. Zmartwiony wraz z nadopiekuńczą dziewczyną, chce, aby w końcu zapanował spokój. Pomyłkowo, narobił strachu sobie i innymi, wmawiając, iż James uległ wypadkowi. Całe szczęście, wszystko dobrze się skończyło, bynajmniej dla niego.  

__________________________________________

Stałem jak wryty patrząc cały czas na zaskoczoną Amber. Czy było mi głupio? Jak cholera! Lecz cały czas zastanawiałem się, co mam teraz zrobić? Iść i wytłumaczyć jej wszystko, czy może machnąć na to ręką i nic nie zrobić. Z jeden strony, nie chciałem, aby myślała o mnie jak o spragnionym życia seksualnego facecie, lecz z drugiej, to moje życie i nie ma prawa mówić mi co mam robić. Naszły mnie wyrzuty sumienia. … Zaraz! Dlaczego ja mam je mieć? To ona doprowadza nas związek do ruiny. To ona jest na każde zawołanie swojego szefa! To ona nie potrafi pogodzić życia prywatnego z zawodowym. Miałem i mam nadal prawo się na nią gniewać! I jeśli będę chciał, wyjdę na scenę choćby drugi raz! Nie chcę słuchać jej wywodów, w którym oznajmia mi, że się na mnie zawiodła. Nie pozwolę, aby nasza prywatna sytuacja obróciła się o 180 stopni. To ja nadal jestem tym pokrzywdzonym, nie ona. Nie mam, za co jej przepraszać!

Odwróciłem się w stronę stojącej nieopodal mnie Judith, która uśmiechnięta od ucha do ucha, wymachiwała ładowarką. Ruszyłem w jej stronę.

– Już nie potrzeba. – zły na zaistniałą sytuację, wyminąłem ją i zabierając po drodze swoje rzeczy, udałem się w kierunku wyjścia.

– A jemu co? – usłyszałem.
- Nie mam pojęcia. – odparła. – Ale możesz wpadać częściej! – krzyknęła w moim kierunku, kiedy schodziłem ze schodów. Będąc na parterze, odszukałem wzrokiem Amber, a następnie wyjście. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Tym bardziej, że wyszedłem w samych bokserkach. Towarzystwo było zajęte podziwianiem pięknego ciała Nicka. Dlatego też, bez żadnych zamieszek, spokojnie mogłem wyjść na zewnątrz.

– James. – rozniósł się za mną głos Amber.

Będąc na dworze dostrzegłem zdziwionego Carlosa w towarzystwie Stephanie. Tłumaczyć nie trzeba, co przeszło im przez myśl widząc mnie obnażonego przed nieznanym im klubem. Od razu wyprowadziłem ich z błędu.

– To nie tak jak myślicie. – skarciłem ich. Szybko się ubrałem i ruszyłem w stronę samochodu.

– James! – wykrzyknęła Amber wychodząc z klubu. – James poczekaj! Porozmawiajmy. – zwinnym ruchem, mocno złapała mnie za nadgarstek, lecz ja wyrwałem się z jej uścisku i puściłem jej prośby mimo uszu. Nie mam najmniejszej ochoty prowadzić z nią jakiejkolwiek konwersacji. Ruszyłem dalej.

– Stary… – odezwał się speszony brunet. – … co ty robiłeś w tym klubie? – zatrzymałem się przed nim i ze spokojem rzekłem.

– Tańczyłem. – rozwodzenie się nam tym tematem, nie miało najmniejszego sensu. Bynajmniej, dla mnie. I nie ukrywam, że zimne powietrze sprawia, że przechodzą mnie delikatne dreszcze. Za cienko się ubrałem. Jednak wracając myślami, do przygnębiającej mnie sytuacji z południa, nawet nie pomyślałem o tym, że będę potrzebował jakiejś bluzy. Skąd mogłem wiedzieć, że w nocy będę tańczył w klubie ze striptizem. Przeszedłem dziś samego siebie. – Z 3,4 kilometry stąd jest mój samochód, podjedziesz tam? – nadal mam nadzieję, że ominę ten temat, na chwile obecną, choć i tak wiem, że bez rozmowy się nie obejdzie. Prędzej czy później Latynos wyciśnie ze mnie prawdę. Carlos kiwnął tylko głową i patrząc ze zrozumieniem na Stephanie, bez zbędnych pytań wsiedli z powrotem do samochodu. Na moje nieszczęście musiałem dzielić tylne miejsca z Amber, lecz ta wolała nie drążyć tego tematu. I dobrze. W ciszy pojechaliśmy w stronę mojego samochodu. Było to zaledwie z cztery, bądź pięć kilometrów samochodem, a niemiłosiernie dłużyła mi się droga. Jakby moje życie na chama, chciało wykorzystać towarzystwo Amber. Odwróciłem wzrok w stronę okna i tępo wpatrywałem się w ciemność. Gdzie niegdzie stare, lampy drogowe, z pożółkłym światłem, oświetlały asfaltową drogę. Byłoby to idealne miejsce na sceny z długometrażowego horroru. Pomyślę kiedyś nad tym. Rola w horrorze byłaby nowym doświadczeniem, ale również nie lada wyzwaniem. … Ze mną naprawdę jest nie w porządku. Najpierw striptiz, a teraz rola w horrorze. Co następne? Zakopanie żywcem psa w moim ogrodzie? Muszę się przespać. Dzisiaj miałem za dużo wrażeń.

Nim się obejrzałem, samochód zwalniał, a ja zorientowałem się, że zbliżamy się do mojego auta. Gdy tylko pojazd przystanął. W mgnieniu oka z niego wysiadłem. Carlos zawrócił samochód i zatrzymując się tyłem przed maską mojego samochodu, wyciągnął, gruby sznur i oba końce przyczepił do aut. Już miałem wsiąść za kierownice, kiedy nagle usłyszałem głos Amber.

– Jesteś zmęczony. Połóż się na tyłach, ja poprowadzę. – delikatny głos wydobył się z jej krtani. Prosiła mnie wzrokiem, abym posłuchał jej zalecenia. Nic się nie odezwałem. Jak chce proszę bardzo. Ja z wielką rozkoszą zdrzemnę się chwilę. Zostawiając otwarte drzwi od kierowcy udałem się na tylne siedzenia. Amber wsiadła za kierownicę i oczekiwała na ruch przyjaciela. Czułem jej wzrok odbijający się w przednim lusterku. Chcąc uniknąć kontaktu wzrokowego, ułożyłem głowę na lewym siedzeniu, aby nie miała możliwości, spojrzenia na mnie za ramienia. Podkulone nogi znalazły się po drugiej stronie. Ze spokojem mogłem pozwolić sobie na spoczynek, jednak fakt, iż jestem sam na sam w samochodzie z Amber, na tyle mnie drażnił, że liczenie baranów nawet nie pomogło. Próbowałem wszystkiego, aby tylko nie myśleć o niej. Nic. Nic nie dało mi spokoju. Do k***y nędzy! Czemu nie mogłem wsiąść do auta z Carlosem i Stephanie? Może to jest znak, aby w końcu pojednać się z Amber? … Nie. Nie będę zaczynał tego tematu. Ona spieprzyła. Ona niech naprawia. Fakt, nie zachowuje się jak przystało na mężczyznę. Raczej jak poszkodowany bachor. Moja duma, czasem przerasta mój rozum, co przykładem jest dzisiejsza, a raczej wczorajsza akcja w domu. Jednak zastanawiam się, czy brak tej ‘dumy’ również spowodowałby taki obrót sprawy? Może uległbym Amber i pogodził się z nią? Może powiedziałbym: „Taka twoja praca. Nie twoja wina, lecz szefa”? A może postąpiłbym tak jak po południu? Co będę się oszukiwać. Kocham Amber, przecież każdy to wie, ale jak to mężczyźni, jeśli już na prawdę kochają, to na dobre. Nic w tym dziwnego, że chcę, aby teraz ona starała się o nasz związek. Zrobiłem wystarczająco dużo, aby niczego jej nie zabrakło, aby nie pomyślała, że jej własny chłopak ją zaniedbuje. A ona ile zrobiła, abym ja tak pomyślał? Prawie, że nic. Może nadszedł nasz czas smutku i rozterek? Przecież nigdy nie jest kolorowo i szczęśliwie. W życiu musimy przeżywać dobre i złe chwile, by doświadczyć wszystkiego. Może to okres próbny, abyśmy przekonali się, iż nie straszne nam złe momenty? Że przetrwamy nawet je? Że jesteśmy sobie przeznaczeni? Jedno jest pewne. Samemu nie wskóram. Jeśli ona sama nie przejmie się nadciągającym kryzysem w naszym związku, to ja też nie będę miał, o co walczyć. Skoro nie będzie się starać, to uświadomi mnie, że nie traktowała mnie poważnie. Jednak pomimo tego, co aktualnie się dzieje. Znam Amber, i wiem, że jej na mnie zależy. Uważam, iż przyparta do muru, zrobi co do niej należy, a przecież mi, chodzi tylko o to, aby udowodniła, że nadal ważny jest dla niej ten związek. Poczekam ile trzeba będzie. Sam nic nie zrobię. Oddaje jej tą sprawę. Niech zdecyduje. Walczyć czy odpuścić.

 

Najwidoczniej głębsze rozważania na ten temat, sprawiły, iż mój organizm poddał się dalszej walki, pozwalając mi zasnąć do końca drogi.

Obudziło mnie dopiero delikatne szturchanie mego ramienia. Podniosłem niechętnie powieki, patrząc na sprawcę mojej pobudki, wstałem mimo woli. Unikając kontaktu wzrokowego, nie obdarzyłem jej, ani jednym słowem. Ruszyłem prosto w stronę domu, kiedy zdałem sobie sprawę, że jesteśmy na miejscu. Jednym, głuchym „dzięki”, pożegnałem się z Carlosem i Stephanie. Będąc w środku, od razu, co zrobiłem, to udałem się do sypialni. Zdjąłem buty, spodnie, a na miejsce koszuli nałożyłem na siebie biały T-shirt. Wpakowałem się nieumyty do łóżka, który dzieliłem wraz z Amber. I nim pomyślałem, gdzie będzie spała, zasnąłem. W wygodnym, przesiąkniętym jej zapachem łóżku.

 

Gdyby nie telefon, który zbudził mnie ze snu, spałbym dalej. Otworzyłem zaspane oczy i spojrzałem na wyświetlacz. „Carlos”. Już chciałem rzucić obelgą, czego ten chce rankiem, jednak, kiedy spojrzałem na godzinę, potrząsnąłem gwałtownie głową. Dochodziła godzina 2 PM. To nieźle sobie pospałem. Czekając na ostatnia chwilę, odebrałem.

– Tak? – spytałem wciąż zaspanym głosem.

– Jeszcze śpisz? – rzekł pretensjonalnie.

– Skąd stary. Nie szkodzi, że mnie obudziłeś. – wycedziłem.

– Cieszę się. – uniosłem tylko wolną rękę w geście poddania, po czym dając sobie spokój spytałem.

– Po co dzwonisz? – zapytałem dość srogo. Nie chciałem, aby tak to zabrzmiało.

– Sorry, że cię obudziłem, nie wiedziałem. Inaczej…

– Dobra. Nawet dobrze, że mnie obudziłeś. Co się stało?

– Nic. Chciałem tylko zapytać jak się czujesz? Wczoraj napędziłeś nam wielkiego stracha. – czy on próbował wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia? Czy z ‘rana’ mam takie wrażenie?

– Domyślam się. Jak słyszysz, spałem jak zabity. Ogólnie czuje się dobrze. Na chwilę obecną. – odparłem.

– Wiesz, że nie o to mi chodzi. – mruknął.

– Nie doszło do żadnej konwersacji między mną a Amber. Ani w samochodzie, ani w domu. Pierwsze, co zrobiłem, to poszedłem spać. Nawet nie wiem, czy jest w domu. Pewnie wyszła do ‘pracy’. – musiałem zaakcentować to słowo, aby dać mu do zrozumienia, iż uważam, że stawia pracę ponad mną.

– Amber naprawdę się o ciebie bardzo martwiła. A kiedy dowiedziała się, że prawdopodobnie miałeś wypadek, jak strzała pojechała do szpitala. – w tej oto chwili, zostałem uświadomiony, iż coś, pod tą nieobecność, mnie ominęło.

– Jaki wypadek? – spytałem zaciekawiony.

– A wiesz. – niechętnie chciał wrócić do tego zdarzenia. – Z godzinę, dwie po twoim powrocie do domu, w wiadomościach zażarcie mówili o jakimś wypadku. Byłem przekonany, że był to twój samochód… a resztę sobie dopowiedz.

– Bez dowodów, przypuściłeś, że to ja byłem ofiara tego wypadku?

– Nooo… tak było. – przyznał.

– Ty lekkomyślny kretynie. – powiedziałem rozbawiony, nie było w tym, ani grama obrazy. Szczerze się zaśmiałem.

– Ejjj! Wiesz jak się przestraszyłem?! – uniósł się, również parskając śmiechem. Kiedy westchnął, usłyszałem jego głos. – Nawet nie wiesz jak mi ulżyło kiedy, Amber uświadomiła mi, że to nie ty uległeś wypadkowi. Później staraliśmy się jakoś cię namierzyć. Udało się.

– Jak widać.

– Dobra. Fizycznie czujesz się dobrze, psychicznie nie. Mam nadzieję, że dzisiaj uda wam się dojść do porozumienia i jutro zobaczę was szczęśliwych na przyjęciu urodzinowym pani Taylor. Kończę. Steph woła na obiad. Smacznego śniadania ci życzę. – zaśmiał się, po czym słysząc moje pożegnanie rozłączył się. Odłożyłem telefon na stolik i wtedy zorientowałem się, że przecież nie podłączałem telefonu do ładowarki. Najwidoczniej, kiedy spałem musiała wejść tu Amber. Siedząc po turecku, rozejrzałem się dookoła i nasłuchiwałem jakichkolwiek dźwięków z dołu. Nic nie usłyszałem. Najwidoczniej poszła do pracy. Zrezygnowany, wstałem z łóżka i pierwsze, co zrobiłem, to udałem się do łazienki. Musiałem odświeżyć swoje ciało po wczorajszym dniu i kiszeniu się w łóżku. Pościel tez wypadałoby odświeżyć.

 

Będąc w kuchu dostrzegłem na stole zakryte jedzenie z karteczką u boku. Mimowolnie sięgnąłem po papierek.

 

„ Pojechałam do agencji. Wrócę jak najszybciej.

Proszę, zjedź śniadanie. I poczekaj za mną.

Musimy porozmawiać.

Amber „

 

„Musimy porozmawiać”. Czemu nie dawało mi to spokoju? Czemu miałem wrażenie, że to, co zamierza mi powiedzieć, nie będzie miłe? Dręczony przez własne myśli, szybko zjadłem przygotowany przez nią posiłek i nim się obejrzałem, siedziałem na środku kanapy przed telewizorem. Wyłączonym telewizorem. Tępo gapiłem się w ekran, jakbym chciał telepatycznie włączyć urządzenie. Nic. Nie mam nadludzkich zdolności. Muszę, jak przystało na zwykłego człowieka, posłużyć się pilotem. Tym bardziej, szybciej się zerwałem, kiedy usłyszałem, jak ktoś wchodzi do domu. Zwinnym ruchem włączyłem telewizor i udawałem zainteresowanego programem dokumentalnym na temat wymierających gatunków ptaków.

Czułem jak jej wzrok wywierca dziurę w moich plecach, gdy tylko przekroczyła próg naszego mieszkania. Było to w pewnym aspekcie krępujące. Dlaczego? Przecież patrzy się tak od lat? Nie ważne. Po chwili kątem oka zauważyłem, iż przysiada się nieopodal mnie. Najwidoczniej nie chce ryzykować.

– Chcę z tobą porozmawiać… – zatrzymała się. – … a raczej przeprosić cię. – rzekła z pokorą.

– Doprawdy? – prychnąłem.

– Domyślam się, że jesteś strasznie zawiedziony. Że czujesz się zaniedbany. Na prawdę jest mi przykro, chcę to naprawić i …

– Naprawić? – aż zwróciłem swoje ciało w jej kierunku, uważnie patrząc w jej oczy. – Jak chcesz tego uczynić? Jak chcesz pogodzić prace ze mną? No proszę! Oświeć mnie! Co taka wspaniałomyślna Amber wymyśliła! Słucham. – uważnie badałem każdy jej ruch, jej mimikę twarzy, jej emocje. Ona delikatnie uniosła swoją twarz, wpatrując się w moje oczy.

– Zwolniłam się z pracy. – … zamurowało mnie. Spojrzałem na nią z niedowierzaniem. – Miałeś całkowitą rację. Przez moją pracę, zaniedbywałam ciebie, przyjaciół, rodzinę. Coś co jest dla mnie najważniejsze. Agencja ma dużo pracowników, na pewno kogoś wybiorą, a jak Rosalie się przeniesie, to zajmie moje miejsce. – wstała i przysiadając się do mnie złapała mnie za rękę. Pochłonięty tym, co przed chwilą mi powiedziano, nawet nie zaprzeczyłem. Ścisnęła delikatnie moją dłoń. Odwróciłem od niej wzrok. – Jesteś dla mnie najważniejszy James. To z tobą wiąże moją przyszłość, nie z agencją. To tobie chcę poświęcać czas, a nie agencji. Ty jesteś jedyną osobą, dla której chcę oddać swoje życie. Tym razem Steve, nie miał nic do gadania. Kazałam dać mi urlop, nie zgodził się, więc odeszłam. Niech szuka sobie kogoś innego, nie chce być już więcej przez niego wykorzystywana. – nastała chwila ciszy. – Przepraszam cię James. – oplotła swoje rękę wokół mojej szyi, przyciągając mnie bliżej siebie. Tuliła mnie mocno, nie zamierzając puścić. – Wybacz mi proszę. Obiecuję, że będę starać się bardziej. Będę lepszą dziewczyną. Nie zaniedbam cię więcej. Tylko proszę, wybacz mi. Kocham cię James. Szczerze i prawdziwie. Jak nikogo dotąd nie obdarzyłam tak wielkim uczuciem, to za ciebie wręcz w ogień skoczę. – wierzyłem jej. Wierzyłem, że odbudujemy na nowo nasz związek. Na to czekałem. Na dowód swojej miłości. Czy na prawdę chciałem, aby Amber zwolniła się z pracy, dla mnie? Dla mojego ego? Szybko przygarnąłem ją do siebie i wręcz ściskając napawałem się jej zniewalającym zapachem i delikatnym, gładkim ciałem, do którego lgnąłem od bardzo dawna.

***

O której wrócisz? – skierowała na mnie swoje brązowe oczy. Zawiązała do końca obuwie, po czym podeszła w moją stronę i zawiesiła ręce na karku.

– Postaram się wrócić o 4 pm. Mamy dzisiaj wszystko omówić w sprawie tego kontraktu. A szykujesz coś?

Nie. Pytam z ciekawości. Chce wstąpić do Carlosa. Ponoć, ma do opowiedzenia bardzo ciekawą historię. – a kiedy nie miał, lecz tym razem musi iść o coś więcej. Niby powiedział to z rozbawieniem, ale coś się za tym kryło. Dowiem się wszystkiego, jak się z nim spotkam. Usłyszałem jejśmiech

Widać, że pomimo lat, wasze życie nadal jest pełne wrażeń. – ucałowała kącik moich ust. – Opowiesz mi wszystko jak wrócę. – zabrała torebkę z krzesła, po czym poszedłem ją odprowadzić. Uważnie patrzyłem jak wsiada do samochodu.

- Uważaj na drodze. – rzekłem mimowolnie. Taki już mój nawyk. Mówię to za każdym razem, kiedy wsiada do samochodu. Również upominam ją, żeby zapinała pasy kiedy jeździ ze mną. Nigdy nie wiemy co przytrafi nam się na drodze. Wciąż pamiętam moment, kiedy uczyłem ją jeździć. Boziu, co to było. O mało nie rozwaliła wozu, ale jak to się mówi. Po trupach do celu. Udało mi się opanować ją, a jej samochód. I zdała. Od tej właśnie chwili, nie proszę, lecz każę jej uważać na ulicy. Zważywszy na to, że wiem, jakie potrafią być kobiety. Ona tylko pomachała. – I daj mi znać jak dojedziesz na miejsce! – krzyknąłem, gdy odpaliła silnik i wyjechała z naszej posiadłości. Kiedy znikła z mojego pola widzenia, wróciłem do domu. Podszedłem do stołu, zabierając z niego kubek z kawą. Dopiłem do końca i włożyłem naczynie do zmywarki. Udałem się na górę, aby przebrać się w świeższe ubrania. Uznałem, że nie ma co czekać od razu pojadę do Carlosa.

30 minut później

Zapukałem w drzwi domu Carlosa. Długo nie musiałem czekać. Otworzyła mi Stephanie.

- Witaj Kendall. Wchodź. – otworzyła je szerzej, wpuszczając do środka. Z kuchni wynurzył się Latynos.

- Cześć stary. Siadaj. Jest dużo do opowiadania. – odrzekł, a ja spojrzałem na Stephanie, która tylko przerzuciła oczami. Parsknąłem śmiechem, a następnie spocząłem na skórzanej kanapie. Na pytanie Steph, czy mam ochotę na coś do picia, odpowiedziałem, że piłem już kawę. Spojrzałem wyczekująco na Carlosa.

– A tak. To bardzo ciekawa historia.
- No to słucham.
- Zaczęło się od tego, że James przyjechał do mnie w odwiedziny… – słowo po słowie, a dowiedziałem się wszystkiego, co miało miejsce wczorajszego dnia. Nie mogłem uwierzyć, kiedy powiedział mi, że James, występował w klubie ze striptizem. Pamiętam jego wybryki, wiele lat wstecz, lecz teraz? Wydawało mi się, że od momentu spotkania Amber, bardzo spokorniał, a
le może to był po prostu impuls, bądź raczej wyładowanie swojej złości. Carlos nie znał szczegółów kłótni Amber z Jamesem, jednak głównym sporem był brak czasu Jenson. Powiedział również, że gdy dziś zaszczycił go telefonem, to niby u niego było ok, ale nie doszło do rozmowy między nim i Amber. Nadal wyczuwał u niego wielką obrazę.
- Wydaje mi się, że powinni dojść do porozumienia. – rzekłem. Jamesowi i tak, prędzej czy później przejdzie złość na Amber.
- Spierałbym się. Był na nią naprawdę wściekły. A ta cała sytuacja z tym klubem. –
machnął rękę, chcąc pokazać, że sprawa była nie za ciekawa. – a jak jeszcze przeraziłem Amber tym wypadkiem, to już w ogóle był cyrk.

– Amber ma swój rozum. James również. O dziwo. – zażartowałem. – Nie, ale szczerze, to odkąd pojawiła się Amber, James kompletnie się zmienił. Jest prawdziwym mężczyzną. Ale ile razy już to mówiliśmy. – stwierdziłem.
- Owszem. Zmiana Jamesa wyszła mu na dobre, jednak to nie zmienia fakt
u, że ich kłótnia może nieźle się pociągnąć.
- Zobaczymy jutro na przyjęciu. – Carlos kiwnął twierdząco głową.
- W ogóle masz jakieś wieści od Logana? – zapytał, a ja zdumiony szybko odparłem.
- Czy mam? Stary. Zajeżdżam wczoraj do niego. Wpuszcza mnie, a on sobie tam popija win
ko z Melanie. Z początku w ogóle jej nie poznałem, później mi powiedziała, że była na przyjęciu urodzinowym Logana itp. i później coś tam sobie o niej przypomniałem. Kurczę, nie sądziłem, że tak się zapędzi. Myślałem, że zejdą się z Camille, a to przecież tyle czasu zleciało. A nadal pamiętam jak mówiliśmy, że znowu rozstali się na chwilę.
- Nooo dokładnie. Nie wiem co o tym myśleć. Tym bardziej, że jutro jest to przyjęcie. – nam obu nie podobała się ta sytuacja. Mimo pozorów, on i Camille są dla siebie stworzeni.
- Powiedzieliśmy z Jo, że tylko najbliżsi mają przyjść. Jeszcze zaznaczyliśmy. Ale jak wpadnie do jego mądrej główki, taki głupi pomysł, to nie będzie fajnie. Tym bardziej, że będzie tam Camille.
- Myślisz, że powinniśmy ich znów zeswatać? – uważnie mi się przypatrywał.
- Nie mam pojęcia Carlos. To ich życie. Nie powinniśmy się w to wtrącać. Kiedyś owszem, byliśmy małymi gówniarzami, myśleli
śmy, że wszystko nam wolno, ale teraz jesteśmy już czwórką dojrzałych mężczyzn. Logan chyba sam powinien pojąć czego chce. Nam się wydaje, że Camille jest najodpowiedniejsza, bo jesteśmy do niej, do nich, przyzwyczajeni. A kto wie? Może oni faktycznie, dali już ze sobą spokój. Jeśli maja ze sobą być, to będą. Całe życie przed nimi.
- Chyba masz rację. Jednak korci mnie, aby porządnie porozmawiać z Loganem. – wyznał.

– Cóż. – zacząłem. – Porozmawiać z nim możemy, ale nie konkretnie o Camille. Musimy jakoś sprytnie wyciągnąć od niego ważne informacje. Wiesz jaki cwany Logan potrafi być w rozmowach. – ten kujon, zawsze wszystko dokładnie przeanalizuje, i nim się obejrzymy, będzie wiedział do czego dążymy.
- Zobaczymy jutro. Jakie będą ich relacje.
- Ok.

***

- Dziękuję ci, że chciałaś się ze mną spotkać. – uśmiechnął się ciepło, a mi jakoś zrobiło się lżej na sercu. Miło było widzieć jego wesołą twarz. Odkąd myśli non stop krzątają się wokół Logana, dobrze jest oderwać się od natrętnego obrazu szatyna w mojej głowie i popatrzeć na przystojnego chłopaka, który ma równie wiele do zaoferowania jak Mitchell.
- To jak powinnam ci podziękować Dylan. – spojrzałam w jego brązowe tęczówki. – Od dawna mam pewien problem, a spotkanie z tobą, może mnie od niego oderwać. – wyznałam szczerze.
- Czyżby chodziło o Logana? – wczorajszego wieczoru, bardzo długo rozmawialiśmy, przez telefon. Wyżaliłam się i opowiedziałam swoją historię wraz z tym, którego imienia, na chwilę obecną wolę nie wymieniać. I bardzo mi ulżyło. Dylan okazał się niesamowitym słuchaczem. I zaszczycił mnie kilkoma radami. Sam rok temu wyrwał się ze szpon swojej natrętnej, i niedającej mu spokoju, już byłej dziewczyny. Mówił, że tak zazdrosnej kobiety, jeszcze w życiu nie widział. Niby na początku było dobrze, tak z kolejnymi dniami, powoli przekonywał się, że zostaje więziony przez własną dziewczynę. Kontrolowała jego telefon, komputer, nawet jego pocztę. Często własnoręcznie odbierała listy zaadresowane do niego, osobiście od listonosza. Udało mu się z nią rozstać, choć z początku nie było łatwo. Teraz jest wolny i szuka dziewczyny, która okażę, się ambitną, uroczą, inteligentną i przyjacielską osobą.
Aktualnie siedzimy w kawiarni i czekamy za zamówieniami.
- Owszem. Nie potrafię, wyrzucić go z głowy. Dopiero kiedy rozmawiam z tobą, mogę na moment się wyłączyć. Jakoś potrafisz zaciekawić mnie swoja osobą bardziej niż siedzący Logan w mojej głowie.

– Powiedziałem ci, co uważam na ten temat. – zaczął. – Fajnie, że chcecie być przyjaciółmi i szacunek, że wytrzymaliście dwa lata, jednak, to rozwiązanie uszczęśliwia tylko Logana, a ty jesteś pokrzywdzona. Kochasz go i nie możesz się odkochać, bo cały czas jest w twoim życiu i rzeczywistym i nierealnym. Dlatego potrzebujesz, wręcz powiem, powinnaś żądać „separacji”, że tak to nazwę. – utworzył w palców, znak cudzysłów. – Zasługujesz na szczęście, ale jeśli nie będziesz z nim szczera i nie powiesz mu w prost „Słuchaj Logan, musimy trzymać się na dystans, bo nie wyrabiam”, to sama siebie będziesz krzywdzić. Postanowiliście być jak przyjaciele, to zachowujcie się jak przyjaciele. Ja, osobiście uważam, że przyjaźń damsko-męska istnieje tylko wtedy, kiedy jedna z osób, bądź oby dwie, są homoseksualistami. – zaśmiałam się.
- Jakbym słyszała, moją przyjaciółkę. – nastała chwila ciszy. Zauważyłam kelnera, który szedł w nasza stronę. Gdy tylko się pojawił, odrzekł „Proszę. Oto państwa zamówienia. Smacznego.” Odstawił i poszedł. A ja zaczęłam na nowo. – Wiem, że chcecie, abym w końcu to zakończyła, ale nie potrafię. Nie potrafię go zranić.
- A skąd wiesz, że go zranisz? – bardzo dobre pytanie. W tej właśnie chwili, sprawił, że poczułam się dziwnie źle. A jeśli Logan, tak naprawdę nie przejmie się tym, że powiem mu ‘dość’.
- To chore. – oparłam się całkowicie o oparcie krzesła i odchyliłam gwałtownie głowę patrząc w sufit.
- Taka miłość. Kieruje się własnymi prawami. My nic nie możemy na to poradzić. – upił łyk kawy. Usłyszałam jego niechciane siorbnięcie.
- Dylan. – wyprostowałam głowę i spojrzałam na niego. – A co mam zrobić z jutrzejszym dniem? – mój wzrok wręcz błagał o pomoc. – Co jeśli przyjedzie z Melanie, albo tą nową dziewczyną? Nie będę mogła normalnie funkcjonować. Albo zaleje się płaczem i z dala od wszystkich będę szlochać, albo wyjdę w połowie przyjęcia, i zrobię zawód przyjaciółce. – zastanowił się chwilkę.
- Jeśli chcesz, mogę pójść tam z tobą, jednak nie wiem, czy będę dobrze przyjętym gościem.
- Naprawdę? Zrobiłbyś to dla mnie? – czułam radość, że nie będę musiała zmierzać się z tym wszystkim sama. Co prawda będą tam dziewczyny, ale fakt, że każda ma swojego chłopaka, tym bardziej mnie dobije.
- Jasne. Ale nie wiem jak zareagują inni. Choć nadal uważam, że powinnaś pojawić się tam sama.

– Wiem, ale twoje towarzystwo bardzo podtrzyma mnie na duchu.
- A jeśli Logan nie przyjdzie z dziewczyną, tylko będzie sam?
- Przyjdzie z dziewczyną. Jestem tego niemal pewna. Logan zawsze planował wszystko hop do przodu. Na pewno przemyślał wszystkie za i przeciw, dlaczego powinien wziąć kogoś nieznajomego na przyjęcie.
- A ty przemyślałaś?
- Czy zawsze musisz zaginać mnie niekomfortowymi pytaniami? – odpowiedziałam w połowię z rozbawieniem, a w połowie z zakłopotaniem.
- Taka moja natura. Co na to poradzę.
- Mam pomysł. – palnęłam od razu.
- Zamieniam się w słuch. – spojrzał na mnie uważnie, opierając się rękoma o blat stołu.
- Pójdę tam sama. Kiedy Logan również przyjdzie sam, powiem mu prawdę, a kiedy przyjdzie z dziewczyną, napiszę do ciebie i dołączysz do nas. Co ty na to? – zapytałam zadowolona z mojego nagłego pomysłu.
- Miałbym wprosić się na przyjęcie ni stąd ni zowąd? Robiąc najwięcej zamieszania i zwracając na siebie uwagę wszystkich?
- Przestaniesz w końcu z tymi pytaniami? Za każdym razem kiedy tak robisz, mam wrażenie, jakby mój pomysł, bądź argument, był niedorzeczny, bądź bezsensu.
- W sumie, to nie mam nic przeciwko, twojemu pomysłowi, jednak trochę skrępowałbym się. W ogóle nie znam twoich przyjaciół, boję się, że przez takie wparowanie, narobię sobie niepotrzebnie złej opinii. – i wtedy coś odezwało się w mojej głowie.
- Dylan, jeśli nie chcesz przyjść, to mi to po prostu powiedź. Nie musisz robić tego, ze względu na mnie. Znamy się dopiero drugi dzień i wiem, że wprawiać cię w zakłopotanie. Ja po prostu…

– Nie wprawiasz. – wtrącił się. – I nie mówię, że nie chcę, ale chodzi mi tylko o to wparowanie. Jestem jaki jestem i nie ukrywam, że czasem zależy mi na dobrej opinii na mój temat, nie lubię, kiedy ktoś nie znając mnie, ocenia mnie, jako kogoś najgorszego.
- Coś ty! Moi przyjaciele w życiu nie oceniliby cię po pozorach. Po to tam będziesz, aby cie poznali. Jedna przyjaciółka, nawet sama doradzała mi, abym kogoś ze sobą przyprowadziła.
- Owszem, jednak to przyjęcie jest z okazji urodzin mamy twojej przyjaciółki. Mają tam być tylko najbliżsi przyjaciele. Główna uwaga ma się skupić na tej mamie, a nie na mnie i tamtej dziewczynie.
- Nie skupi. A w ogóle, to skończymy ten temat. Przyjedziesz jak cie poproszę? – rozszerzyłam oczy i wydymałam usta. Oto w tej chwili, spojrzałam na niego z mina szczeniaczka.
- Ok. Przyjdę, jeśli będzie taka potrzeba. – zgodził się.
- Tak!!! – krzyknęłam i wstając, podbiegłam do niego i przytuliłam. Opanowana i tym samym karcąca, za zakłócanie spokoju innymi klientom, posłusznie wróciłam na swoje miejsce. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, po czym uśmiechnął się szeroko i zamykając oczy okiwał poziomo głową w geście poddania.

Niesprawdzone

__________________________________________
Wiem, wiem. Jesteście rozczarowani moją, zanadto długą nieobecnością. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Jedynie mogę Was powiedzieć, iż postaram się dodawać rozdziały, chociaż jeden na miesiąc.
Pozdrawiam i ściskam Stelss :****
PS. Strasznie cieszę się, że będzie mały Carlosek *-*

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Rozdział 128 „Nowy początek”

Nie ma lepszego sposoby na wyładowanie całej złości, niż jazda w nocy po pustej ulicy. Tak. To najlepszy sposób. A wiecie, co może to wszystko zepsuć? Benzyna. A raczej jej brak. W takiej właśnie jestem sytuacji. Na granicy Californii i Nevady, w super porsche bez grama benzyny. Mógłbym zadzwonić po kogoś. Poprosić o pomoc… Telefon rozładowany. Chyba nie było dobrym pomysłem podłączać pod radio telefon, z ideą posłuchania dobrej muzyki… Oto rezultat.

Rzuciłem ten nic nie warty sprzęt na tylne siedzenie. Po co mi telefon, skoro nie mogę go użyć. Zerknąłem na zegar. 1:12 am. Super. Opłaca mi się pójść do jakiegoś miasteczka? Wątpię, aby o tej godzinie coś było otwarte. Jednak, co innego mi pozostało? Nocka w tym samochodzie? To już lepiej się przejść, wiedząc, że i tak nie zasnę.

Wyszedłem z samochodu, zabierając nieużytkowy, w tym momencie, telefon i zamykając auto ruszyłem przed siebie. Wolałem zabrać wszystkie droższe rzeczy, gdyby jakiś idiota, skusiłby się na mój samochód.

Po około dwudziestu minut drogi. Natknąłem się na jakieś niewielkie miasteczko. Nie mam pojęcia jak się nazywało, jednak po jej wyglądzie mogę stwierdzić, że dawno nie było odwiedzane. Zatrzymałem się. Rozejrzałem w koło. Zacisnąłem wargi w cienką linie i wzruszając ramionami ruszyłem ku miasteczku.

Idąc prawie, że środkiem ulicy, nie zauważyłem niczego, co mogłoby zwrócić moją uwagę. Czy ludzie tutaj pomarli? Żywej duszy nie widzę.

- Witaj. Pomóc ci w czymś? – usłyszałem za sobą, przesłodzony, uwodzicielki głos. Ooo nie.

- Gorzej nie mogłem trafić. – mruknąłem cicho sam do siebie, karcąc się za taki obrót sytuacji. Odwróciłem się i moim oczom, wynurzając się za kamienicy, ukazała się prawie obnażona wysoka brunetka.

- Nie. Nie ma takiej potrzeby. – odparłem obojętnie. Odwróciłem się i poszedłem dalej.

- Chwilkę kochanie. Nie skończyłam jeszcze. – szła za mną. Czyżbym trafił na wariatkę?

- Ale ja tak. – mój ton głosu się nie zmienił.

- Słuchaj, szczeniaku. – warknęła łapiąc mnie za nadgarstek i pociągnęła w swoją stronę. Ku mojemu zdziwienie stanąłem na wprost niej. Światło z lampy ulicznej padało prosto na mnie. Więc łatwiej mogłem opisać moją „nową towarzyszkę”. Jest prawie mojego wzrostu. Może z centymetr, dwa mniej. Ma długie, bardzo ciemne fioletowe włosy, byłem przekonany, że są one czarne. No i ma niebieskie oczy. Chyba niebieskie.

- Nie jestem szczeniakiem, dziwko. – warknąłem, zbyt ostro, ale cóż. Wyprowadziła mnie z równowagi. Myślałem przez chwilę, że zdzieli mi w twarz, jednak ona tylko parsknęła pod nosem.

- Wszyscy tacy sami. Nawet nie znają, a już oceniają po pozorach. – spojrzała prosto w moje oczy. – Jesteś na moim terenie. Jeśli chcesz zrobić tutaj jeszcze jeden krok, to z moim pozwoleniem. Zrozumiałeś? – położyłem swoje ręce na jej odkrytych ramionach i odsunąłem ją od siebie.

- Jasne, wszystko rozumiem. Rządz sobie tutaj, ustalaj prawa i obowiązki. Ja chce tylko, albo podładować telefon, albo napełnić baniak z paliwem, bo nie mam benzyny w samochodzie. Więc jeśli byłabyś tak dobra, spełnić albo pierwszą, albo drugą opcje byłbym szczęśliwy, a jeśli oby dwie, to już w ogóle, byłby w niebie.

- Nie dość, że wyzwałeś mnie od dziwek, to jeszcze masz wymagania? Kpisz sobie? – szturchnęła mnie.

- Pomożesz mi tylko się stąd wydostać, a już mnie więcej nie zobaczysz. – powiedziałem z lekką irytacją. Spojrzała na mnie uważnie. Przejechała wzrokiem od stóp po czubek głowy, aż w końcu rzekła.

- Nie daje czegoś, bez czegoś w zamian. – odparła spokojnie. Widzę, że to ona tutaj będzie rozdawać karty. Jeśli chce stąd szybko uciec muszę się zgodzić.

- Ok. Co chcesz w zamian? Kasę? Samochód? Telefon? – wyciągnąłem rozładowany sprzęt z kieszeni, machając nim przed jej oczami. Zirytowana moim zachowaniem, pośpiesznie złapała mnie za rękę, zaprzestając moich czynów.

- Nic materialnego. – rozszerzyłem oczy i spojrzałem na nią jak na idiotkę.

- Nie pójdę z tobą do łóżka! Zapo…

- Ogarnij się chłopie! – krzyknęła, uderzając mnie w głowę. – Słuchaj, a nie zgrywasz ważniaka. – wypuściłem powietrze. I czekałem zanim mnie oświeci.

- Odwróć się. – jak kazała tak zrobiłem. – Widzisz ten wielki fioletowy neon po prawej stronie?

- Trudno go nie zauważyć, to jedyny świecący się obiekt, nie wliczając w to lamp.

- To jest mój klub. Po lewo za kamienicą jest jeszcze jedne. A na samym końcu miasta jest trzeci. Wszystkie są moje. – zerknęła na mnie.

- I co ja mam z tym wspólnego?

- Ten pierwszy to klub… dla kobiet. Chcę, żebyś tam zatańczył.

- Coraz mniej mi się to podoba.

- Jeśli zatańczysz…

- Chwila. – przerwałem jej, a ona spojrzała na mnie uważnie. – Coś mi się zdaje, że słowo „zatańczysz” i dla ciebie i dla mnie ma trochę inne znacznie, prawda?

- Trochę.

- Wal prosto z mostu. Mam być… striptizerem?

- Jeden taniec. Zatankujesz samochód, naładujesz telefon, a kto wiem, jak dobrze pójdzie może nawet ci zapłacę.

- Tak się składa, że pieniędzy to ja mam od liku.

- Ooo… trafiłam na biznesmena?

- Raczej na piosenkarza.

- Jesteś piosenkarzem? Jeszcze lepiej.

- Nie, nie, i nie. – zaprzeczyłem od razu.

- W takim razie, spieprzaj z mojego terenu i radź sobie sam! – ominęła mnie i poszła przed siebie. A ja na szybko zacząłem myśleć. Albo będę się włóczyć, albo wrócę do samochodu i przeczekam do rana, albo zgodzę się na jej propozycję.

- Kurwa! – przekląłem nie za głośno.

- Coś trudno ci podjąć decyzje. – odezwała się z dala ode mnie. Spojrzałem na nią uważnie. Nadal uważam, że to zły pomysł. – Zakrzątasz sobie tym głowę. A to tylko jeden taniec. Uwierz, że tą jedną, trzy minutową czynnością, sprawisz, że te kobiety dosięgną orgazmu jeszcze większego niż z kimkolwiek innym.

- Pogorszyłaś sytuację. – przełknąłem niesmacznie ślinę. Ja striptizerem? Ona chyba oszalała. Nie mogę zgodzić się na coś takiego. Przecież, jak któraś by to nagrała, a to pojawiłaby się w Internecie, to jestem skończony. I co pomyśli sobie Amber? Zresztą nie obchodzi mnie jej zdanie. Tu chodzi tylko i wyłącznie o mój wizerunek i mój honor? Czy to będzie odpowiednie z mojej strony jak zgodzę się obnażyć przed nieznanymi mi kobietami? Przecież to nie mieści się w mojej głowie. Nigdy w życiu o tym nie pomyślałem. No może przed karierą, ale to było chwilowe i już nieaktualne. Wykluczone. Absolutnie nie!

- Słuchaj. Nie składałabym ci takiej propozycji i nie marnowałabym na ciebie czasu, gdyby nie fakt, że jeden z moich pracowników połamał się, a ty jesteś idealny, aby go zastąpić.

- Kobieto. Chyba masz serce? Co nie? Nie możesz pomóc mi choćby nawet z litości? – spojrzałem na nią, normalnie jak szczeniak na człowieka.

- Kpisz ze mnie? Gdybym tak każdemu miała pomagać, to nie miałabym złamanego grosza. Nawet nie miałabym, co do pyska włożyć. Więc jeśli chcesz szybko wrócić sobie do domu, to radziłabym ci przyjąć moja propozycje bez większego gadania, inaczej pozostaje ci tylko długie czekanie, bo ani ja, ani nikt stąd nie kiwnie nawet palcem, żeby ci pomóc, a najbliższe miasto, wieś, cokolwiek, jest z 12 mil stąd. Więc życzę powodzenia. – właśnie widowiskowo mnie spławiła. I co ja mam zrobić? Jeszcze przed chwilą mówiłem absolutnie nie, a teraz na serio zastanawiam się, co lepsze? Przecież to chyba nic złego? Jakbym omówił z nią parę kwestii, to może… James opanuj się, choć w sumie. Kurwa! I co? Nie mam ochoty spać w samochodzie, to, że to porsche nie oznacza, że wygodnie się w nim śpi. Widziałem jak postać kobiety, oddala się coraz bardziej. A ja nie mam pojęcia, jaką decyzję podjąć. Dobra. Męska decyzja. Nie chce spać w samochodzie. Nie chce iść 12 mil, tu mogę rzecz, absolutnie nie! No i nie mam zamiaru całą noc spędzić na dworze. Gustavo by się o tym nie dowiedział, chłopaki też, Amber to już w ogóle, choć jej zdanie na ten temat, mało by mnie teraz obchodziło. Nie, nie wierzę, że to robie.

- Ejjjj! Poczekaj! – krzyknąłem za nią i pobiegłem za kobietą.

- A więc jednak się namyśliłeś? – odwróciła się w moim kierunku, kiedy dobiegłem do niej.

- Zgadzam się, ale pod kilkoma warunkami.

- Pomarzyć możesz. To ja tutaj stawiam warunki nie ty. – wytknęła mi palec.

- Spokojnie, nie denerwuj się. Ja ci jestem potrzeby, a ty mi. Ok. Jeden taniec. Niech będzie, ale po pierwsze…

- Żadnych…

- Teraz ja mówię. – podniosłem na nią głos, a ona spojrzała na mnie morderczym wzrokiem. – Słuchaj. Mówiłaś, że pracownik się połamał i nie masz pełnego składu. Do tego powiedziałaś, że byłbym idealny na jego miejsce. Więc proszę. Zastąpię go, ale po pierwsze. Nie pokazuje twarzy. Po drugie. Mogę się rozebrać, jednak bokserki jak były, tak zostają na swoim miejscu. Po trzecie. Nikt z klubu, czy poza nim, ty, tamte kobiety, czy ekipa nie filmuje mnie i nie udostępnia tego na czymkolwiek. Zrozum też, że ja, jako piosenkarz, który ma, a raczej miał swój zespół, nie mogę się narażać, w aż taki sposób, gdyby moja firma się o tym dowiedziała, gdyby moi przyjaciele, fani, skompromitowałbym się po całej granicy.

- Dobra. Rozumiem. Niech będzie. Ale to są trzy wymagania. Za takie coś, moja stawka musi być większa.

- Nie no kobieto. Zlituj się. Raz zatańczę. To już możesz mi telefon podładować, abym tylko do przyjaciela zadzwonił. Oni po mnie przyjadą. – i nagle mnie oświeciło. To będzie chamskie i niesprawiedliwe z mojej strony, ale kurwa, nie mam zamiaru się z nią sprzeczać. – W ogóle, co ja się z tobą targuje. Kobieto. Jestem sławny na całym świecie. Znajdą mnie tak czy siak. Jeden telefon i wszystkie twoje kluby będą zlikwidowane! – z zaskoczenia, aż rozwarła usta. – Więc jeśli nie chcesz mieć problemów. To zgódź się na moje warunki, a nikt na tym nie ucierpi. I tak idę ci teraz na rękę, że w ogóle się zgadzam. – gdyby jej oczy mogły zabijać, już bym zimny leżał na tej dziurawej ulicy.

- Sukinsyn. Chodź za mną. – jeszcze raz obdarowała mnie tym morderczym wzrokiem, zanim poszła dalej. Czułem się z tym źle. Nigdy tak nie potraktowałem nikogo.

Już pokorny jak baranek udałem się za nią. Przeklinała pod moim adresem. Cóż jej się dziwić. Po samej rozmowie mogłem wnioskować, że te kluby to całe jej życie. Oczywiście, że nie odważyłbym się zrobić cokolwiek w kierunku, aby jej kluby zostały zamknięte. Inni pracują na życie, mając normalne zawody. Inni w show biznesie. Jeszcze inni tak jak ona mając swój własny biznes. Nie odbiorę jej jedynego dorobku na życie.

Po dłuższej chwili stałem już pod wielkim fioletowym neonem na którym widniał napis „Dirty Men”. Prosto i z sensem. Zgaduje, że na tym drugim pisze „Dirty Women”. Nieważne. Wszedłem z nią do środka po czym od razu zniknęliśmy za drzwiami dla ekipy klubu. Weszliśmy po schodach w górę. I gdy tylko weszliśmy, z miejsca zauważyłem trójkę całkiem gołych mężczyzn. Nie. W co ja się wpakowałem.

- Nowy członek klubu? – spytał.

- To chwilowe. – warknęła.

- Nie wiem, co zrobiłeś, ale cud, że żyjesz. Judith to chodzący wulkan, nie wiesz, kiedy wybuchnie, ale jak to już się stanie. To niszczy wszystko na swojej drodze. – jeden z nich położył na moim ramieniu rękę, a ja aż wzdrygnąłem. – Jestem Will, a to…

- A ja jestem tu chwilowo. Jeden taniec i już mnie nie ma. – rzekłem spokojnie.

- Jasne. A zwiesz się? – usłyszałem za sobą nieprzyjemny, chłodny, głos. Odwróciłem się i koło mnie stanął wysoki muskularny brunet.  Wystylizowany, zadbany mężczyzna.

- James. I tyle wam powinno wystarczyć.

- Mi nie wystarcza. – podszedł do mnie bliżej. Był o kilka centymetrów ode mnie wyższy.

- To masz problem. Może ty zaszczycisz mnie swoją godnością?

- Dopiero jak pokażesz, co umiesz.

- Słuchaj, jestem tu, bo mam interes do załatwienia. Jakoś mnie nie obchodzicie.

- To po cholerę tu przylazłeś.

- Czy ty myłeś dzisiaj uszy?  Nie rozumiesz jak człowiek mówi do ciebie po angielsku. Mam interes do załatwienia. – odparłem oschle.

- Słuchaj szczylu. – złapał mnie za koszulę i przyparł do ściany. Szybko odepchnąłem go od siebie. I byłem gotowy, aby mu przywalić. – To ja tutaj ustalam warunki. Dzięki mnie kręci się ten interes. I jeśli to spieprzysz…

- Nie spieprzysz! – krzyknęła rozzłoszczona Judith.

- Zaufałaś jakiemuś chłopczykowi z ulicy?

- Ten chłopczyk jest tu za Mitchela. Raz zatańczy i już go tutaj nie będzie. Muszę kimś wypełnić grafik. On się nada. I nie dyskutuj ze mną na ten temat. Dobierzcie mu piosenkę, powiedźcie, co ma zrobić i kiedy wejść. Nie chce mieć tu żadnych kłótni, bójek, ani czegokolwiek. Nie spieprzcie mi tego. Jasne?

- Tak jest szefowo! – krzyknęli wszyscy jak jeden chór, oprócz mojego nowego przyjaciela. Czy zawsze jak spotykam kogoś nowego, to musi robić się moim wrogiem? Ja wiem, że mój los z dnia na dzień, kocha mnie coraz bardziej, ale dzisiaj to już przesadził.

- Chodź nowy. – machnął do mnie mężczyzna w wieku 30-35 lat. Był ubrany i wyglądał na normalnego. Ruszyłem w jego kierunku.

- Zatańczysz do piosenki „Maroon 5 – Harder to breath”. Wejdziesz na scenę za dwadzieścia minut, po Will’u. Wiesz, który to? – kiwnąłem, twierdząco głową. – Masz tremę?

- Nie.

- Miałeś już styczność z publicznością?

- Tak. Ze 100, 200 razy większą. I to wiele razy. – spojrzał na mnie pytająco. – Jestem piosenkarzem. Grałem w zespole.

- Rozumiem. Trzymaj. – podał mi maskę w kształcie kota.

- Na serio? – patrzyłem to na niego to na maskę.

- A chcesz królika?

- Nie trzeba. – zaprzeczyłem szybko. – Kot jest ok. I co dalej? – spytałem.

- Jak to, co? Wyjdziesz, zatańczysz i już. Skoro jesteś muzykiem, to, to chyba nie jest dla ciebie problemem.

- No nie.

- Więc właśnie. Czekaj na swoją kolej.

- A co z ubraniami, czy coś? – spojrzał na mnie spod okularów.  – Co się gapisz? Nigdy nie byłem striptizerem. Nie wiem, co mam robić. – pokiwał kilka razy poziomo głową, po czym westchnął i zaczął mówić.

- Damy ci spodnie. Koszule będziesz już miał ściągniętą. Dodamy jakiś szalik, może jakąś czapkę. Kiedy przyjedzie twoja kolej wyjdziesz. Zatańczysz. Tylko na tyle sprawnie, aby połową piosenki było rozbieranie, a połową taniec. Skończy się nutka. Schodzisz ze sceny. I się żegnamy. Jasne? Jasne. To fajnie, a teraz wracaj do reszty. Thomas da ci to co potrzeba. – odwrócił się na pięcie i poszedł w swoim kierunku. A ja coraz bardziej żałowałem swojej decyzji. Odbije się to na mnie. Jak nic. Coś się stanie. Czuje to normalnie w kościach. Będzie na stówę ciekawie!

- Ty. James, tak? – usłyszałem za sobą. Za progiem drzwi stanął średniej wysokości, krótko ścięty, blond włosy mężczyzna, w wieku może 30 lat. Kiwnąłem twierdząco głową. – Chodź. Ubierzemy cię jakoś. – machnął ręką w stronę garderoby. – Rozmiar spodni? – no i klops.

- Chyba 44.

- Też tak myślałem. – zaczął szperać po wieszakach. – Te powinny być dobre. Trzymaj. – rzucił mi odzież. – co by ci tu jeszcze dać.

- Powiedź mi… yyy…

- Thomas.

- Thomas. Kim jest ten facet, z którym mam spinę?

- Nick. To chłopak Judith. Lepiej go nie prowokuj. On ma tutaj swoje miejsce i nikt nie może tego zmienić.

- Chcesz powiedzieć, że wykorzystuje Judith i jej klub?

- Judith założyła ten klub, kiedy klepała biedę. Na początku było bardzo słabo, lecz gdy pojawił się Nick rozkręcił trochę to miejsce. Później, kiedy zaczęła więcej zarabiać, zatrudniała więcej ludzi, aż w końcu klub stał się strzałem w dziesiątkę. Ludzi przybywało i tak jest do teraz. Nick to cham i dupek, ale dba o Judith i klub. W końcu i dzięki niej i niemu ma dach pod głową.

- Rozumiem.

- Tylko nie mów Judith, że ci o tym powiedziałem. Zabije mnie na miejscu.

- Spokojnie. Będę trzymał język za zębami.

- Dobrze. – kiwną głową. – Na co czekasz? Przebieraj się.

- Thomas. A może ty mi powiesz jak… to ma wyglądać, z tym całym tańcem?

- Wystarczy, że będziesz jak najwięcej kręcić biodrami, a będą w siódmym niebie. Masz umięśnione ciało. Pokaż go więcej. To w końcu tylko 3, 4 minuty.

Czas leciał nieubłaganie szybko. To dwadzieścia minut zleciało jak z bicza strzelił. Will wystrzelił na parkiet niczym torpeda. A ja modliłem się, aby jak najszybciej się to skończyło.

Kiedy Judith ogłosiła, zakaz nagrywania mojego występu coraz bardziej dochodził do mnie fakt, że zaraz będę musiał wyjść tam. Oblał mnie zimny pot, co było dla mnie dziwne, bo przecież nigdy nie miałem tremy przed występem, ale tu chyba nie chodzi o to jak zatańczę. Tylko o te wstrętne ubrania, choć z tym, tez nie powinienem mieć problemu, na koncertach często z chłopakami ściągaliśmy koszulki, ale tamte sytuacje nie wymagały tego, co tutaj. Dobra. Spokój James. Jak będzie tak będzie.

I wyszedłem. Wyszedłem bez koszulki i zbędnych dodatków. Przez maskę widziałem tłum krzyczących kobiet. Od razy przypomniał koncert w Nowym Jorku. Kiedy dziewczyny, omal nie poturbowały ochroniarzy i nie wdarły się na scenę w połowie koncertu. Samo to wspomnienie, sprawiło, że na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. I poczułem się jakoś swobodnie. Kiedy pierwsze melodie dotarły do moich uszu, mimowolnie zacząłem się poruszać. No cóż. To już nawyk.

Nim się obejrzałem, stało się tak jak mi mówiono. Dochodził koniec piosenki. Byłem skrępowany kiedy zdjąłem spodnie i to bardzo, jednak szybko to minęło. Powoli wycofywałem się za scenę, uradowany, że to już koniec, kiedy nagle, stanąłem jak wryty, tuż za kurtyną. Amber?!?!

________________________________

Cóż, błędy będą na pewno. Nie sprawdzałam rozdziału, bo chciałam go wstawić jak najszybciej. Ale co do moich błędów już się na pewno przyzwyczailiście ;)

W sumie nie wiem co powiedzieć. Jest mi przykro, że nie było mnie tak długo (po raz kolejny :/)  Jednak nie ma po co Was okłamywać. Straciłam chęci do prowadzenia tego bloga. Oczywiście, jestem i będę fanka BTR i jestem pełna nadziei, że jeszcze dojdzie do reaktywacji zespołu. Byłabym szczęśliwa, ale tu chodzi o blog, nie o zespół.

Będę wstawiać rozdziały, jeszcze nie wiem kiedy, ale przeczuwam, że to będą długie przerwy. Nie jestem w stanie powiedzieć ‚co kiedy’ będą one wstawiane. Jak moja wena powróci i jak znajdę czas i ochotę na napisanie kolejnego rozdziału. To napisze i wstawię. Tylko tyle mogę Wam, na tą chwilę powiedzieć.
Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie. Cieszę się ogromnie, że nadal mam Was. Tych najwierniejszych, bo to dla Was tak naprawdę jeszcze ‚coś’ piszę :*

Pozdrawiam Stelss :*

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | 7 komentarzy

Rozdział 127 „Nowy początek”

- Co się stało? – do salonu wbiegła przestraszona Stephanie.

- James! – krzyknąłem ruszając w kierunku wyjścia.

- Zaraz! – złapała mnie za rękę i pociągnęłam w swoja stronę. – Co z Jamesem?

- Miał wypadek. – wskazałem palcem na ekran telewizora. Mina jej zrzedła kiedy ujrzała samochód Jamesa.

- Ale jak… – pobiegłem ku wyjściu muszę jechać do … Amber? Szpitala? Czy do miejsca wypadku? Skąd mam wiedzieć, czy on czasem… nie Carlos. Opanuj się. To na pewno nie był James. Ale z porównaniem ciężarówki a samochodu, to raczej kierowca porsche zginął… NIE! James żyje. Mój oddech przyspieszył, serce bije jak szalone. Złapałem się za głowę. Duszno mi się zrobiło.

- Carlos. – czym prędzej podbiegła do mnie Steph. Złapała mnie za lewą dłoń a wolną ręką chwyciła prawe ramię. Zaprowadziła mnie do sofy.

- Usiądź. – byłem bezradny, ale nie mogłem tutaj siedzieć wiedząc, że James walczy o życie w szpitalu. Miejmy nadzieje, że faktycznie on. Ożywiłem się od razu. Ponownie wstałem, lecz Stephanie pchnęła mnie na sofę. – Carlos…

- Stephanie musze do Jamesa. Muszę. To mój przyjaciel, nie mogę go teraz zostawić. Stephanie, ja…

- Dobrze. Na początku się uspokój. Pojedziemy do Amber. Może dojechał do domu.

- To był jego samochód, ta sama rejestracja. – zacząłem panikować.

- Dobrze. Chodź. Jedziemy do Amber. – podniosłem się z miejsca. – Ale ja prowadzę. – zaznaczyła, a ja pokiwałem twierdząco głową.

- Chodź.

Czym prędzej wsiedliśmy do samochodu. Stephanie wyjechała z garażu. Jechaliśmy, czym prędzej. Starałem się dodzwonić do Amber, lecz ona nie odbierała. To źle wróżyło.

- Nadal nie odbiera? – spytała Steph uważnie patrząc na ulicę. Jest taka opanowana. Jak?

- Nie. Nie odbiera.

- Próbuj cały czas. – pognała mnie. Chyba jednak jest jej tak samo ciężko jak mi.

- Mogłabyś jechać szybciej? – pospieszałem ją.

- Carlos jadę 85 na godzinę. A powinnam 60. Policja jak mnie złapie, to mandat murowany.

- James walczy o życie w szpitalu a dla ciebie ważniejszy jest brak mandatu?! – wydarłem się na nią.

- Carlos! Tak się składa, że nie chcę, abyś czasem i ty nie znalazł się obok James na ostrym dyżurze! – skarciła mnie krzykiem.

- Przepraszam. – głupio się zachowałem.

- Opanuj się. Zajedziemy do Amber i wszystko się wyjaśni. Cały czas próbuj do nie dzwoń, a nóż widelec odbierze.

- Cały czas dzwonię. Wyłączyła telefon.

- Zaraz będziemy na miejscu.

 

Moje ciało cały czas było niespokojne. Chodziłem cały. Co chwila chciałem mówić Stephanie, aby szybciej jechała, jednak ugryzłem się w język, i ona jest już wyprowadzona z równowagi. Zaczęła zwalniać. Wyjrzałem przez okno, jesteśmy pod domem Jamesa. Nareszcie! Wjechała na podwórko, a ja nie czekając, zanim zaparkuje wyleciałem z samochodu. Omal się nie wywróciłem. Nogi ugięły się pode mną, ale udało mi się nie upaść. Pobiegłem do drzwi. Na szczęście nie były zamknięte. Wpadłem do środka jakby mnie mafia goniła.

- Amber! James! Amber! James! – biegałem po mieszkaniu, ale nikogo nie było. Na górze w sypialni nic. W łazienkach nic. W kuchni nic. I nagle dostrzegłem… zapłakaną Amber siedzącą koło kanapy. Ręką opierała się o brzeg sofy i wylewała litry łez.

- Amber? – bez chwili zastanowienia podbiegłem do niej. – Amber, co się stało? – przyklęknąłem koło niej i nagle do mieszkania wpadła Stephanie.

- Carlos?

- Tutaj. – machnąłem w górę ręką. – Położyłem jej dłoń na ramieniu. – Co się stało?

- James… – wyszeptała. A jednak wie.

- Co z nim?

- … on… – przez myśl przeszło mi najgorsze. Nie. James nie może…

- Skąd wiesz? Czy on naprawdę…? – nie przeszło mi to przez gardło.

- Co? – zapytała nie do końca mnie rozumiejąc.

- Wiem co się stało. – rzekłem smutno. – Ale nie wiadomo jeszcze nic. Może udało mu się. Może przeżył. Musimy jechać do szpitala. – starałem się nią uspokoić.

- Co? – była przerażona. Nie wie?! – Co się stało?! – aż wstała z ogromnym lękiem na twarzy.

- James miał wypadek. Jedna osoba przeżyła, walczy o życie w szpitalu, a druga… nie… nie żyje.

- James miał wypadek? Jest w szpitalu? – zaczęła płakać.

- Nie wiem. – łezka zakręciła mi się w oku.

- Jak to nie wiesz?!

- W telewizji mówili, że nie dowiedzieli się jeszcze, który kierowca przeżył.

- Jaki szpital? – ścisnęła moje ramiona.

- Yyyyy… – w tej chwili przypomniałem sobie o stojącej za Amber Stephanie. Spojrzałem na nią błagająco.

- Wypadek był na La Brea Avenue, więc szpital raczej św. Heleny. – blondynka wybiegła czym prędzej z domu, a my przerażeni, że i ona może ulec wypadkowi, pobiegliśmy za nią.

- Amber! – krzyknęła Stephanie. – Ja pojadę! Nie jedź w tym stanie! – lecz ona jej nie posłuchała.

- Amber! – krzyknęliśmy oboje. Było to trochę dziwne, bo niedawno to ja zapędzałem się ku szpitalowi mogąc stracić nawet życie.

- Amber! Opanuj się. James cię teraz potrzebuje, a ty możesz niedługo walczyć o życie, tak samo jak on! – użyła tego samego sposobu co na mnie, co prawda jest to najbardziej sensowny, oczywisty i mocny powód, dla którego warto wziąć go sobie do serca. Dziewczyna westchnęła i wyszła z samochodu.

- Nie wiemy czy żyje.

- My jesteśmy dobrej myśli. Ty też powinnaś. – popatrzyły na siebie uważnie. To jakaś między żeńska telepatia czy coś?

- Jedźmy. Natychmiast! – wsiadła na miejsce pasażera, na super ja na tyłach? To mój samochód, ja powinienem prowadzić! Ogarnij się Carlos! James walczy o życie, a ty co?!

 

- Stephanie szybciej! Moja babcia już jeździ lepiej! – łooooo… chyba przesadziła. Stephanie nie lubi, jak krytykuje się jej jazdę.

- Amber! Zamknij się, albo zaraz wywalę cię z tego samochodu. Jadę 110 na godzinę. W mieście. Jak policja mnie złapie do szpitala będziesz biegła na nogach! A to jeszcze kawałek!

- Ok. Jedź!

 

Resztę drogi przejechaliśmy w ciszy. Kiedy byliśmy przed szpitalem Amber zrobiła dokładnie to samo co ja kiedy przyjechałem do jej mieszkania.

- Co za kobieta. – żachnęła Stephanie, lecz po chwili i my biegliśmy w stronę wejścia. Amber znalazła się przy recepcji.

- Słuchaj kobieto. Jeśli zaraz nie powiesz mi gdzie leży mężczyzna z wypadku stracisz pracę, kapujesz?!

- Albo się pani uspokoi, albo wezwę ochronę!

- Nic ci po tym! – krzyknęła i wyciągnęła plakietkę dając jej do zrozumienia, że jest z agencji. Dziewczyna zlękła się i zajrzała do komputera.

- Piętro 3 jest w trakcie operacji. – i pognała, a my za nią. Nie czekała za windą, ruszyła w stronę schodów. Jej tempem to drzwi windy, dopiero by się zamknęły, kiedy ona będzie już na górze.

- Za nią. – złapałem Stephanie za rękę, biegnąc usłyszeliśmy dźwięk telefonu Steph. Zerknęła na ekran.

- Kendall dzwoni.

- Później zadzwonisz.

Wbiegliśmy na trzecie piętro. Amber zniknęła za drzwiami sali operacyjnej. Również chcieliśmy przedostać się do środka, jednak dwie pielęgniarki zatrzymały nas przy wejściu.

- Dziewczyna wbiegła bez pozwolenia. Wy nie możecie. Jeszcze jaką zarazę przeniesiecie. Siedzieć i czekać. – odparła oburzona. Czy ta kobieta rozumie w ogóle co my czujemy. Nie pozostało nam nic innego jak czekać. Niestety. Stephanie pociągnęła mnie za rękę w stronę krzeseł.

- Usiądź i odpocznij. Pamiętaj, że…

- Tak, tak. Wiem. Nie wyzdrowiałem do końca, ale zrozum, życie Jamesa jest ważniejsze, niż moja choroba. – westchnęła i usiadła koło mnie, tuląc się do mojego ramienia.

- Wiem skarbie, przepraszam, ale ty również musisz uważać. Wierzę, że James wyjdzie z tego.

- Nawet nie wiemy czy to on. Może…

- Nie Carlos. Nie wolno ci tak myśleć. James jest tam i niedługo będziesz mógł go zobaczyć. Na pewno. – ścisnęła moje ramię. Czekaliśmy w niecierpliwie, gdy nagle za drzwi wyszła Amber i nie mówiąc ani słowa usiadła na przeciwnym krześle chowając twarz w dłoniach z łokciami opartymi o kolana. Nie płakała.

- I co? Żyje? Starają się go ocalić.

- To nie on! – warknęła.

- Jak to nie on? – aż wstałem. – Czy to znaczy, że…

- Nie. – krzyknęła, jednak po chwili opanowała się i rzekła. – James nie uległ wypadkowi. To nie on jest na oddziale i to nie on zginął. Rozumiesz?… Pomyliłeś się. James żyje.

______________________________________

Rozdział krótszy, jednak następny będzie dłuższy ^^
Pozdrawiam Stelss :*******

CH 118

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | 11 komentarzy

Rozdział 126 „Nowy początek”

- James. Jak fajnie, że wpadłeś. – uśmiechnął się Carlos wpuszczając mnie do środka. Rozejrzałem się dookoła. Od miesiąca mieszka wraz ze Stephanie w nowym domu. Jeszcze nie miałem okazji zobaczyć jak się urządzili. Odkąd podpisałem kontrakt z firmą modową, nie miałem czasu, aby spotkać się z chłopakami. Pierwsze tygodnie były męczące. Od razu załatwili mi sesję zdjęciową do kilku magazynów. Dostałem tydzień wolnego. Ubłaganego wolnego. Od razu postanowiłem, że spotkam się z Carlosem.

Zdecydowanie w całym domu dominuje kolor ciemnego beżu. Po lewej stronie od wejścia znajduje się salon, w którym meble są koloru gorącego karmelu. Kanapa umieszczona została na środku salonu. Była koloru kawy z mlekiem. A naprzeciw, tego samego koloru, stolik. Telewizor zamontowany został na ścianie prosto w stronę sofy. Na suficie znajdował się dość spory żyrandol. Za salonem jest kuchnia. Kolor beżowy ciągnął się aż do niej, aczkolwiek meble były białe oraz z ciemnego brązowego drewna. Po prawej stronie znajdowała się łazienka a na wprost korytarza schody prowadzące na drugie piętro. Później pozwolę sobie na zwiedzanie.

Zasiadłem wraz z Carlosem na sofie.

- Chcesz coś do picia?

- Nie. Dzięki. Przyszedłem, bo tak dawno się z tobą i chłopakami nie widziałem. Jak się czujesz?

- Lepiej. O wiele lepiej. Leki działają i lekarz mówi, że jeszcze trochę czasu i wyleczę się z tej białaczki.

- To świetnie. A Stephanie gdzie? – zapytałem orientując się, że naszej przyjaciółki nie ma.

- Na planie. Niedługo powinna przyjechać. A jak idzie praca w firmie?

- Nie jest źle. Nawet ok. Zrzędy jak nie wiem, ale chociaż dobrze płacą. – zaśmiałem się, a on wraz ze mną.

- Niezadowolony jesteś?

- Nie. Zadowolony. Czepiają się szczegółów, ale tak to ok. – nie mogłem powiedzieć, że nie cieszę się z tej posady. Pasuje mi, lecz faktycznie są zbyt wymagający. Ale może to nawet lepiej? Im człowiek bardziej wymaga, tym drugi bardziej się stara.

- A Amber? – zapytał nagle.

- Wykonuje jakieś zlecenie. – powiedziałem szybko chcąc ominąć ten temat.

- A więc tutaj jest problem. – odrzekł, a ja spojrzałem na niego uważnie. – Odkąd tutaj wszedłeś zauważyłem, że coś nie gra.

- Wszystko jest ok. – zabrzmiało to mało przekonująco, jednak jak na razie naprawdę jest ok.

- James. Powiedź mi. Przecież zawsze mówimy sobie wszystko. – miał rację.

- Na serio jest ok. Teraz. Od dłuższego czasu Amber nadmiernie pracuje. Nie wiem, ale według mnie ten świat schodzi na psy. Nie wiem skąd oni biorą dla niej te wszystkie zlecenia, ale prawie codziennie nie ma jej w domu. W ogóle się z nią nie widzę. Ostatnio widzieliśmy się dwa dni temu. Śmiać mi się chcę, bo mieszkamy razem od dłuższego czasu, a widzę ją zaledwie raz, dwa razy na tydzień.

- Ale powiedziałeś, że jest ok.

- Ostatnio z nią rozmawiałem i umówiliśmy się, że weźmie wolne na ten tydzień, kiedy ja go będę miał i spędzimy ten czas razem. Planujemy na weekend odciąć się kompletnie od tego świata.

- Chociaż to. A nie może oddać tego zlecenia komuś innemu?

- Właśnie o to chodzi, że nie. U nich w agencji każdy agent ma swojego partnera. Ona miała Chrisa, lecz on wraz z Rosalie poleciał na Florydę, bo ona tam miała agencję. Podobno ma się przenieść do agencji u nas w LA, ale to trochę potrawa i na chwilę obecną Amber jest bez partnera i nie może się zamienić.

- Musiał z nią lecieć?

- Poleciał tam jako delegacja, czy coś takiego.

- Rozumiem.

- Ale nie ciągnijmy tego tematu. A jak ze Stephanie?

- Dobrze. Znów czuję, jakbym miał osiem lat i nadopiekuńczą matkę. – zażartował.

- Aż tak się o ciebie troszczy?

- Aż tak. Czasem nie narzekam, ale jak przyjdzie, co, do czego, wolę zamknąć się w pokoju. – zacząłem się śmiać, lecz nagle na myśl przyszła mi jedna osoba, co sprawiło, że straciłem ochotę do śmiechu.

- Co jest? – spytał Carlos. Orientując się, że coś mnie trapi.

- Widziałeś się ostatnio z Loganem? – westchnął.

- Widziałem niedawno.

- I?

- Wszystko ok. Logan ma się świetnie. Jakoś nie dał powodów, aby było inaczej, natomiast trochę martwię się o Camille.

- Camille jest trwała w uczuciach. Szybko nie zapomni o Loganie, tym bardziej, że ten prawie codziennie się z nią widzi. Nie łatwo jest jej o nim zapomnieć.

- No właśnie. Jest jeszcze jeden problem. – spojrzałem na niego uważnie.

- Logan zaczął kręcić z jakąś laską.

- To było do przewidzenia. – stwierdziłem.

- Ale nie to jest tym problemem. – rzekł zawiedziony.

- Tylko co?

- Ma zamiar przyjść z nią na przyjęcie urodzinowe pani Taylor.

- Żartujesz? Chce przyjść na przyjęcia tylko dla rodziny z dziewczyną? On chyba kompletnie postradał zmysły.

- Dziewczyna jest niczego sobie. Ale kretyńsko się zachowa jeśli przyjedzie z nią na przyjęcie.

- A kim jest ta dziewczyna?

- Studiuje medycynę.

- No to wszystko jasne. – żachnąłem. – A nie powiedziałeś mu, aby przyszedł na to przyjęcie sam? Taki niby przyjaciel Camille, ale nie liczy się z jej uczuciami.

- Mówiłem mu, aby sobie darował. Ale on powiedział, że jak pytał się Camille co o tym myśli. To ona powiedziała, że nie ma problemu.

- Jasne, bo powie mu prawdę. – przewróciłem oczami. – A zapytał się jej czy może przyjść na przyjęcie z dziewczyną?

- Raczej zapytał się czy ma coś przeciwko, jeśli związałby się z jakąś inną dziewczyną. A ona co mogła mu powiedzieć. „Nie bo będę zazdrosna?” Jak na najmądrzejszego chłopaka, to jednak zachował się bezmyślnie.

- Mówiłeś o tym Stephanie.

- Nie. Gdyby Stephanie się dowiedziała, od razu powiedziałaby to Camille. A Camille, pewnie zrobiłaby wszystko aby nie przyjść.

- Jo by jej na to nie pozwoliła.

- Dlatego uznałem, że będzie lepiej, jeśli dowie się po fakcie. – rozłożył ręce w geście poddania.

- W sumie może masz rację.

- A wiesz może co u Danielle?

- Amber często z nią rozmawia.

- Będzie na przyjęciu?

- Mówiła, że tak.

 

Dwie godziny później

 

- Ok. Ja będę się pomału zbierać. Zasiedziałem się trochę. – podniosłem się z fotela i przeciągnąłem.

- Nie zostaniesz jeszcze? – prosiła Stephanie, a ja z niechęcią zaprzeczyłem.

- Niestety nie. Amber niedługo powinna wrócić. Najwyższy czas w końcu się z nią spotkać. – parsknąłem śmiechem i zabierając kluczyki ze stolika, udałem się w stronę wyjścia. Potowarzyszyli mi, aż do samego samochodu.

- Dzięki, że wpadłeś. Następnym razem ja przyjdę. – odrzekł Carlos.

- Jasne. Mój dom stoi dla ciebie otworem. – uśmiechnąłem się wchodząc do samochodu. Otworzyłem szeroko okno i wychyliłem głowę.

- To do czwartku na przyjęciu.

- Oczywiście. – powiedzieli razem.

- Pozdrów Amber. – dodała Stephanie.

- Na pewno. – puściłem im oczko, po czym ruszyłem w stronę domu.

 

Po około piętnastu minutach zaparkowałem przed domem. Samochód Amber już był. Ciekawe kiedy przyjechała. Wysiadłem z wozu zamykając go na klucz i poszedłem prosto do mieszkania. Wchodząc do środka głośnio zawołałem.

- Już jestem. Amber? – chwila ciszy.

- Na górze! – i rzucając kluczyki na stolik pognałem na górne piętro. Wszedłem do naszej sypialni. Dziewczyna właśnie się przebierała.

- Rozumiem, że przed chwilką przyjechałaś? – spytałem dla pewności.

- Tak. Z pięć minut temu? Miałam dzwonić. Gdzie byłeś? – założyła na siebie biały T-shirt i sięgnęła po spodnie.

- U Carlosa. Tak dawno go nie widziałem, a nie chciałem się z nim spotykać dopiero na przyjęciu. – usiadłem na brzegu łóżka.

- Przecież Carlos wie i rozumie, że masz pracę. Nic w tym złego. – pogłaskała mnie po policzku i spojrzała na mnie zamyślonym wzrokiem. Coś się stało.

- Tak. Ale wolałem spotkać się wcześniej póki miałem chwilę wolną. – złapałem ją za rękę i ciągnąc w moją stronę usadowiłem blondynkę na moich kolanach. Nie zdążyła założyć spodni. – Jutro wyjeżdżamy. – wtuliłem twarz w jej gęste, pachnące bzem włosy. Momentalnie zesztywniała i nic nie powiedziała. Podniosłem głowę, aby móc na nią spojrzeć. Jej profil zakrywały włosy. – Prawda? Tak jak się umawialiśmy? – powiedziałem z zawiedzeniem, strachem i nadzieją, że faktycznie coś z tego będzie.

- Wiem James, że się umawialiśmy, ale…

- Zaraz! – przerwałem jej natychmiast. Przeniosłem ją z moich kolan na łóżko, aby móc wstać. – Obiecałaś mi, że tym razem uda nam się spędzić trochę czasu. – oburzyłem się. To był czysty obłęd. Ile jeszcze będziemy to przekładać? To już trzeci raz!

- James, tylko się nie denerwuj.

- Nie denerwuj! Ja?! – powiedziałem, a raczej uniosłem się wkurzony. – Ja nie jestem zdenerwowany. Ja jestem wściekły, wiesz? – spojrzałem prosto w jej oczy czując, jakbym wzrok mnie palił. – Od długiego czasu próbuję spędzić z tobą trochę czasu! Robię wszystko. Na początku zrozumiałem, że jesteś potrzebna i nie możesz, ale do cholery jasnej ile jeszcze?! To już trzeci…

- Czwarty. – szepnęła cichutko.

- O! Dziękuję za szczerość! To już czwarty raz, kiedy nie możesz znaleźć dla mnie choćby jednego dnia! To ja musiałem błagać moją szefową o tydzień wolnego, aby teraz dowiadywać się, że wziąłem go na marne?! Myślisz, że będę cierpliwie czekał kolejne tygodnie czy miesiące, zanim uda nam się w spokoju spędzić chociażby kilka godzin?!…

- James proszę.

- Tylko mi nie James’uj! Uważasz, że chce mi się czekać? Że mnie to już nie męczy! No ile można Amber! – krzyknąłem. Musiałem się wyżyć. Jakoś odreagować. – Nie będę tolerował tego, że sobie mnie olewasz.

- Nie olewam sobie. – słyszałem jej przerwany głos. O nie. Tylko mi tu nie płacz!

- Co niby znowu ci wymyślili, że nie możesz tego odwołać? Albo nie mogli zlecić tego komukolwiek! – po raz kolejny się uniosłem.

- Mam jechać do San Francisco, aby zaprzestać tamtejszemu gangowi handel narkotykami i liczne gwałty.

- Sprawa dla policji! Chociażby dla agenta z San Francisco!

- W San Francisco nie ma agencji.

- I akurat TY musisz wykonać to zlecenie, tak?

- Próbowałam rozmawiać ze Stevem, ale on mnie nie słucha! Zagroził mi, że jeśli nie wykonam tego zlecenia, to mnie zwolni.

- Zwolni? Jedną z najlepszych agentek w stanie ma zwolnić, dlatego, bo chciałaś spędzić TROCHĘ CZASU ZE SWOIM CHŁOPAKIEM! To są kpiny Amber. Jeśli bardziej zależy ci na tej pracy, niż na mnie i wierzysz w głupie szantaże, typu, „bo cie zwolnię” to, co do cholery tutaj robisz? Po co ze mną rozmawiasz? Na co czekasz! Już! Idź! Jedź! Leć! Nie ma cię! Załatw sprawę jakiś popierdolonych ćpunów i gwałcicieli! Jeszcze tu jesteś?! Śpiesz się, bo jeszcze wpadnie tu Steve i zdzieli ci paskiem po tyłku! – wyszedłem z sypialni trzaskając drzwiami. Po drodze zrzuciłem jeszcze wazon i kopnąłem w drzwi od łazienki. Zszedłem na dół prosto do kuchni i wyciągając z lodówki zimne piwo wypiłem prawie połowę duszkiem. Po chwili stwierdziłem, że to bardzo głupi sposób na rozluźnienie się. Wylałem piwo do zlewu i zostawiając puszkę na kredensie wyszedłem na taras. Nie wiem czy świeże powietrze coś mi pomoże, ale na pewno będzie to lepsze, niż wypicie piwa czterema łykami. Usiadłem na krześle i schowałem twarz w dłoniach. Nie chciałem na nią nakrzyczeć. Naprawdę nie chciałem, ale dziewczyna nie pozostawiała mi wyboru. Po raz kolejny sprawia, że czuję się na serio źle. Tak się cieszyłem, że wreszcie uda nam się wyjechać. Mogłem przewidzieć takie ‘a jednak’. Głupi byłem i tyle.

Nie wiem ile czasu przesiedziałem. Nie wiem nawet co teraz robi Amber. Może faktycznie pojechała do agencji. Otrząsnąłem się, po czym wszedłem do mieszkania. Z odległości dwudziestu metrów zauważyłem, jak zapłakana Amber zbiera stłuczony wazon przez mój wybuch. Chciałem podjeść do niej. Powiedzieć, że mi przykro, że nie chciałem się tak zachować. Ale nie mogłem. Cztery razy już mnie zraniła. Niech przez chwilę ona poczuje się źle. Starając się zignorować ją całkowicie, co nie wyszło mi dobrze, wsunąłem się do salonu i bezwładnie usiadłem na kanapie. Słyszałem tylko roztłuczone szkło i co jakiś czas pociągnięcie nosem dziewczyny. W końcu wstała i jak mniemam udała się do kuchni. Wyrzuciła szkło do kosza na śmieci. Po dłuższej chwili zauważyłem jak siada na mniejszej sofie po prawej stronie. Kątem oka spojrzałem na nią. Lekko rozmazany makijaż i nieogarnięte włosy.

- Nie chcę się kłócić. – szepnęła.

- Jak na razie kiepsko ci idzie. – odpowiedziałem bez emocji.

- Ja naprawdę chciałabym spędzić z tobą ten czas.

- Ale szef ci nie pozwala. – zsumowałem krótko.

- To moja praca.

- Dziwne, że agencja, aż roi się od mnóstwa agentów, ale to akurat ty musiałaś teraz przyjąć to zlecenie. – mówiłem ostro i szorstko.

- Steven powiedział, że jak wrócę da mi tyle wolnego ile będę chciała.

- To cię rozczaruje i powiem ci, że ja już żadnego wolnego nie dostanę. Ty sobie będziesz siedzieć w domku, a ja pracować. Może wtedy zrozumiesz jak się czuję.

- James…

- Nie chcę z tobą rozmawiać. Nie chcę cię nawet teraz widzieć. Więc, albo ty wyjdziesz i pojedziesz sobie prosto do San Francisco wykonać zlecenie, albo ja wychodzę. Mi to już wisi.

- James…

- Rozumiem, że to ja mam wyjść? – natychmiast wstałem z kanapy. – Dobrze. Już mnie nie ma. – i poszedłem prosto w stronę wyjścia, słysząc za sobą wołanie Amber. Mam to teraz w głębokim poważaniu. Ruszyłem w stronę samochodu.

- James! – krzyknęła za mną. – Nie jedź nigdzie proszę cię. Porozmawiam jeszcze dzisiaj ze Stevem. Proszę cię, zostań w domu!

- Nie mam takiego zamiaru. – mruknąłem pod nosem.

- James! Postaram się zlecić to komuś innemu.

- Na pewno ci się uda. – żachnąłem.

- James! Mi też się to nie podoba, ale co mam zrobić?

- Może zmienić pracę?! – krzyknąłem z rozdrażnienia. Odpaliłem samochód i z piskiem opon odjechałem spod domu.

- James!! – wybiegła na podwórko, jednak ja już odjechałem.

 

***

 

Jak tylko James pojechał prosto do domu minęło z dobre czterdzieści minut. Poszedłem w stronę salonu i położyłem się na kanapie. Stephanie idąc za mną położyła się bokiem koło mnie, dłonią głaszcząc mój policzek.

- Lepiej wyglądasz jak masz zarost, wiesz. Tak bardziej męsko.

- Bez zarostu nie byłem męski? – spytałem udając oburzenie.

- Bez zarostu wyglądałeś bardzo słodko i uroczo, a jak masz zarost, wyglądasz, uroczo i męsko. – pocałowała mnie w policzek.

- To od dzisiaj się nie golę. – parsknęła śmiechem.

- O czym rozmawialiście, jak mnie nie było?

- O wszystkim i o niczym. – spojrzała na mnie urażona.

- Czyli?

- O nas. W sensie zespole. O nas, w sensie, że o nas. – zaśmiałem się. – O czwartkowym przyjęciu. O nim i o Amber. O Loganie i Camille. O wszystkim.

- O nas? W sensie o nas. Co takiego?

- Powiedziałem, że jesteś nadopiekuńcza.

- Bo się martwię o ciebie.

- To też mówiliśmy.

- Że czasem mnie irytujesz. – muskałem nosem jej szyję.

- Ejj! Dobra. Nie chcę wiedzieć dalej. – udała oburzoną. – Rozmawialiście o Loganie i Camille. Do jakiego wniosku doszliście?

- W sumie, to do żadnego. – nie chciałem jej mówić, że Logan wybiera się tam z dziewczyną. – Wiemy jak Camille jest ciężko i dziwimy się zachowaniem Logana.

- A jak się zachowuje?

- Wiesz. Spotykają się często jako ‘przyjaciele’. Mi się wydaje, że Camille odkąd tylko zerwali powinna co do niego trzymać się na dystans, żeby w końcu o nim zapomnieć.

- Czyli jednak do jakiegoś wniosku doszliście. – stwierdziła.

- Szczerze, to teraz, tak o tym pomyślałem. – wyszczerzyłem ząbki, a ona śmiejąc się czule mnie pocałowała.

- Zobaczymy co będzie na przyjęciu. – rzekła kończąc pocałunek.

- Zobaczymy.

- A cos się dzieje pomiędzy Jamesem i Amber? Powiedziałeś, że rozmawialiście o nich. – przypomniało jej się.

- James tylko powiedział, że Amber jest zapracowana i nie ma czasu, aby spędzić z nim dzień. Ale podobno w weekend gdzieś wyjeżdżają.

- To dobrze. Myślałam, że kolejny kryzys w związku. – dała mi krótkiego buziaka, po czym dodała. – Zrobię coś do jedzenia. Masz na coś ochotę?

- Może spaghetti? Tak dawno nie jadłem.

- Nie wiem, czy mamy makaron. Zerknę. – podniosła się z kanapy i poszła w stronę kuchni. Ja usiadłem na kanapie i sięgnąłem po pilota. Włączyłem telewizor. Na jednym z kanałów leciał jakiś serial komediowy. Po pierwszych pięciu minutach, stwierdziłem, że już mi się nie podoba. Przełączyłem na newsy, może coś ciekawego powiedzą.

- „ … przenosimy się na miejsce zdarzenia. John. Oddaję ci głos. – powiedziała jedna z dziennikarek. – Dziękuję Megan. Jesteśmy na miejscu wypadku samochodowego przy ulicy La Brea Avenue. Nie mamy dokładnych informacji, jednak wiemy, że ratownicy potwierdzili zgon jednego z kierowców. Drugi z ciężkim stanem został przewieziony do szpitala… – serce zabiło mi szybciej. Spojrzałem uważnie na przedstawione auta. …

- Boże! James!

____________________________________________________

Dziś krótko. Tydzień wakacji bez internetu :/ Ale rozdział udało mi się wstawić ^^
Pozdrawiam Stelss :**************

BT4ltRACEAA8tZT

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | 10 komentarzy

Rozdział 125 „Nowy początek”

Przypomnienie:
Jasmine Taylor (wcz. Dwain) - przyrodnia siostra Jo. Adoptowana przez jej rodziców kiedy jej brat (Jerom – zakładka –> bohaterowie) porzucił ją po śmierci ich rodziców.
Danielle McCay – to Samanta Klark, która po schwytaniu przez Amber trafia do agencji, gdzie usuwają jej pamięć tym samym zmieniając ją w Danielle.

***

2 lata później 

Minęły dwa lata. Dwa lata odkąd zakończyliśmy pracę nad trzecim albumem i rok odkąd rozwiązaliśmy zespół. Jest to bolesne przeżycie, ale w tamtej chwili nie mieliśmy zbytnio wyboru. Kontrakt mieliśmy podpisany na tylko trzy albumy. Gryffin nie zgodził się na nagranie czwartego krążka. Uważa, że nie zarobi na nas tak dużo jak za pierwszy i drugi album. W sumie, może miał rację. Gusta ludzi ulegają zmianie. Pojawiają się kolejne zespoły, nowe gwiazdy i nowi idole. Zakończenie z naszym zespołem, było dla nas, akurat na rękę. Kiedy Jo poroniła drugi raz bardziej zamknęła się w sobie, niż po stracie pierwszego dziecka. Żeby zapomnieć o bólu w pełni oddała się pracy. Z trudem udało mi się pogodzić pracę oraz życie prywatne, ale to nie tylko z mojego powodu rozwiązanie zespołu było konieczne. Było nią również rozstanie Logana i Camille. Wydaje się to głupie, jako powód zakończenia współpracy z Gustavo i nami, jako zespół, ale Logan również swoje przeżył. Uważam, że głównym i najważniejszym powodem okazał się stan zdrowotny Carlosa. Odkąd dwa lata temu dowiedział się, że choruje na przewlekłą białaczkę limfatyczną, zaczął znacznie na siebie uważać, w trakcie kręcenia trzeciego albumu, na próbach, trasie koncertowej i teraz. Wszyscy bardzo o niego dbamy. Choć chorobę da się wyleczyć i jak na razie wszystko idzie jak po naszej myśli, to jednak nie możemy też jej zlekceważyć. W końcu to białaczka. Nie groźna, ale jednak białaczka. Nie musimy przejmować się tym, aż zanadto, ponieważ Stephanie wyręcza nas wszystkich. Naprawdę. Strasznie troszczy się o Carlosa. Jest to uroczę, ale trochę przerażające, no, ale cóż. Taka jest miłość. Gdyby Jo zachorowała na białaczkę, to pewnie wyglądałbym tak samo. Jeśli chodzi o Jamesa. Cóż… on nie miał zbytnio powodu, aby rozwiązywać zespół, jednak doskonale znał i rozumiał nasze przyczyny. Przynajmniej więcej czasu spędził z Amber.

Jeśli chodzi o mnie nie zrezygnowałem z muzyki. Jest ona częścią mnie i nie było mi łatwo znaleźć sobie innego zajęcia. Więc zacząłem od nowa. Dużo o tym rozmawiałem z chłopakami i mimo, iż zgodzili się, abym dalej pracował sam nad muzyką, to jednak mam wyrzuty sumienia. Od trzech miesięcy wraz z naszym dobrym przyjacielem Dustinem tworzymy zespół o nazwie Heffron Driver. Jak na razie idzie nam bardzo dobrze. Nagraliśmy dwie piosenki i komentarze są bardzo pozytywne. Powoli bierzemy się za nagranie płyty. Gustavo proponował nam „małą współpracę”, jak to on nazwał. Jednak ja za nic w świecie nie zgodziłem się na taki układ. To byłby cios poniżej pasa dla chłopaków. Już i tak pewnie ich zraniłem samemu zakładając zespół z Dustinem.

Przyjemnym faktem jest to, że zakupiliśmy wraz z Jo dom, nad którym głowiliśmy się dwa lata temu. Po stracie pierwszego dziecka Jo zgodziła się na przeprowadzkę. Dobrze jej i mi to zrobiło. Myśleliśmy, że nareszcie wszystko się ułoży, a jak przyszła do mnie i powiedziała, że po raz drugi spodziewa się dziecka tym bardziej cieszyłem się, że mieszkamy we własnym mieszkaniu. Niestety skończyło się znów nie po naszej myśli. Jo zaszła w ciążę miesiąc po poronieniu. W pełni nie doszła do sił, a do tego jeszcze pracowała. Dziecko było zagrożone, aż w końcu stało się najgorsze. Starałem się jak tylko mogłem, aby trzymać Jo na duchu. Od dłuższego czasu już jest lepiej i jak na razie nie ruszamy tematu „dzieci”. Czekamy cierpliwie na odpowiedni moment.

Teraz, aktualnie wracam do domu po pracy nad nowym kawałkiem z Dustinem. Wszedłem do domu i od razu ujrzałem Jo. Najwidoczniej mnie wyczekiwała.

- Masz teraz czas? Chcesz odpocząć? Coś zjeść czy możesz ze mną wyjść? – zaczęła mówić zwarta i gotowa do wyjścia. Jak widać ma dzisiaj dobry humor. Bardzo mnie to cieszy.

- Ja też się cieszę, że cię widzę kochanie. – ucałowałem jej policzek i zdejmując obuwie udałem się do kuchni w między czasie mówiąc.

- A co takiego masz dziś w planach, że chcesz wyjść? – podszedłem do lodówki i wyciągnąłem z niej karton soku pomarańczowego. Sięgnąłem do szafki po szklankę i wypełniłem napojem większą powierzchnię naczynia.

- Jak wiesz w sobotę jest premiera mojego filmu… – urwała.

- Owszem wiem i co w kwestii z tym? – spojrzałem na nią uważnie opierając się o brzeg kredensu w prawej dłoni trzymając szklankę, a lewą trzymając blat.

- Nie mam sukienki na premierę i pomyślałam czy nie mógłbyś pojechać ze mną. – spojrzała na mnie słodko.

- Kochanie, a czemu nie weźmiesz którejś z dziewczyn? – upiłem kolejnego łyka.

- Camille i Stephanie są na planie. Lucy na nagraniu. Amber w agencji, a Danielle w pracy. Zostałeś mi tylko ty. – wygięła dolną wargę nadal mając ten swój czarujący wzrok.

- Dobrze wiesz, że nie lubię chodzić na zakupy. Nie możesz jechać sama? – głupie pytanie. Oczywiście, że nie.

- No, co ty Kendall! – skarciła mnie. – Nie mogę sama wybrać sukienki. Musi ktoś mi doradzić… – zbliżyła się do mnie. – … a kto zrobi to lepiej jak nie ty? – oplotła rękami moją szyję. Oho zaczyna się. – W końcu idziesz ze mną na premierę, twój komentarz jest bardzo ważny, co do mojego wyglądu i przeczuwam, że po powrocie bardzo chętnie, byś ją ze mnie zdjął. – powiedziała zmysłowo.

- Jo. – zacząłem głaskać ją po policzku. – We wszystkim wyglądasz pięknie. Moje zdanie jest mało ważne. A co do zdjęcia sukienki, możesz być pewna, że na pewno ją zdejmę, nie zważając na to, jaka ona jest. – ucałowałem jej czoło.

- To pojedziesz czy nie?

- To jest naprawdę konieczne? – spytałem od niechcenia.

- Proszę kochanie. Nie chcę iść sama. A w inne dni odpada. Jutro wraz z moją agentką idziemy na spotkanie z producentami i reżyserem filmu, aby omówić kontrakt. W czwartek są urodziny mojej mamy i wyprawiamy jej u nas przyjęcie. W piątek po południu obiecałam Jasmine, że zabiorę ją do Spa. Od tygodnia mnie o to prosiła, a w sobotę już mam premierę. Muszę sobie coś kupić. Jesteś jedyną osobą, która może mi potowarzyszyć i spędzić ten czas razem. – zrobiła minę szczeniaczka i patrzyła prosto w moje oczy. Jak mam się oprzeć tym wielkim brązowym tęczówką? Ciężko westchnąłem, po czym się zgodziłem.

- Dobrze. Niech będzie. Ale ustalamy, że zanim zaczniesz łazić po sklepach, to zjemy pierwsze obiad, a późnej masz godzinę na znalezienie sukienki ok.?

- Godzinę?! Oszalałeś? – spojrzała na mnie zaskoczona.

- Dwie i ani minuty więcej, bo nie wytrzymam dłużej. I tak już się poświęcam. – rzekłem stanowczo.

- Ok. Niech będzie. – uśmiechnęła się szeroko, po czym dając mi szybkiego buziaka pognała w stronę drzwi wejściowych, aby ubrać buty. Pokręciłem parę razy głową z niedowierzeniem, że się zgodziłem, a następnie wkładając pustą szklankę do zmywarki udałem się w stronę mojej ukochanej.

 

Po obiedzie Jo wręcz natychmiastowo zaciągnęła mnie do sklepów. Moje reakcja była troszkę zaskoczona, ponieważ, mimo, że Jo lubi zakupy nigdy nie była taka zachłanna. Czyżby ta premiera była dla niej taka ważna? Weszliśmy do pierwszego sklepu. Było od groma sukienek. Na wejściu mogłaby sobie jakąś wybrać. Jednak ona przeglądała wieszak po wieszaku dodając zbędne komentarze. To jest najbardziej męczące. To stanie i czekanie. Z nudów, aż sam zacząłem rozglądać się za jakąś elegancją sukienką, jednak po chwili stwierdziłem, że wszystkie są jak dla Jo za bardzo wyzywające. Oczywiście. Nie mam nic, przeciwko, aby jej strój miał troszkę większy dekolt. Te suknie natomiast albo moją zanadto wygórowany biust, zero materiału na plecach czy ogółem za dużo wyciętego materiału. Podszedłem do Jo i delikatnie ujmując ją za łokieć rzekłem.

- Chodźmy do innego sklepu. Uwierz mi, nie znajdziesz tu nic, co by mnie zainteresowało. – spojrzała na mnie uważnie, po czym kiwnęła głową i wyszliśmy. Drugi sklep kompletnie ominęliśmy. Sukienki były nie ładne, delikatnie ujmując. W trzecim zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę. Jo przymierzyła trzy sukienki. We wszystkich wyglądała ślicznie. W oko wpadła mi ciemno beżowa, prosta zlewająca się sukienka, mająca jedno ramie, które podtrzymywała srebrno-złota klamra, a pod biustem, aby zatrzymać zlewający się materiał naszyto czarny szeroki pasek z delikatną kokardą.

- Podoba ci się? – spytała mając ją na sobie. Podeszła do lustra i przyjrzała się każdej stronie.

- Bardzo.

- Mi też, aczkolwiek coś mi mówi, abym szukała dalej. Ta sukienka jest bardzo śliczna, ale to jeszcze nie to. – skoro tak uważa.

- Jak chcesz tą możesz ją kupić. Stać nas. – puściłem jej oczko, a ona delikatnie się zarumieniła.

- Tylko chciałaby, ją wykorzystać w najbliższym czasie, a nie, żeby się waliła w garderobie po kątach.

- Nie będzie. – uśmiechnąłem się.

- Nie. Wiele takich sukienek można spotkać. Kupie ją innym razem, albo podobną. – posłała mi ciepłe spojrzenie, po czym wróciła do przebieralni. Nie będę się wtrącać, to jej wybór.

Po godzinie, nie aż tak męczącej, co mi się wydawało, weszliśmy do sklepu, gdzie znaleźliśmy bardzo ładną, długą czarną suknię. Była bez ramiączek. Idealnie podkreślała biust kobiety. Cała sukienka była obcisła, lecz przyszyty delikatny przewiewny materiał dodawał jej uroku sprawiając, że stała się elegancka. Na mostku znajdowała się czworokątna klamra z czarnych kamieni, które podtrzymywały delikatny materiał. Wpadła jej w oko jeszcze jedna. Długa, granatowa sukienka. Miała po dwa ramiączka. Jedne z nich podtrzymywały suknię, a drugie lekko opadały. Dekolt był dość odważny, ale gdyby nie on cała sukienka byłaby po prostu prosta. Biust był zakryty, jednak w miejsce mostka był wycięty średni trójkąt. Dwa pasy tego samego materiały, co cała suknia na przemian oplatała się pod biustem. Reszta delikatnie spływała. Szczerze? To mam zagwozdkę. W obu wygląda świetnie. Prosto, słodko i elegancko.

- Kup oby dwie – wypaliłem.

- Obie? – spytała zaskoczona.

- Z obu chciałbym cię rozebrać. – powiedziałem zmysłowo, ona uśmiechnęła się zadziornie, po czym zaczęła się cicho śmiać. Uwielbiam ten dźwięk.

- Nie przesadzaj kochanie.

- Nie przesadzam, kup dwie. Z tamtej zrezygnowałaś, to weź drugą zamiast tamtej. – powiedziałem nie widząc, żadnego problemu. Zastanawiała się.

- Obie mają przyzwoitą cenę. Zresztą. Możesz sobie kochanie pozwolić na taki wydatek.

- Myślisz?

- Nie. Ja tak uważam. – przyjrzała się jeszcze raz suknią.

- Ok. Wezmę te dwie.

- A w której pójdziesz na premierę?

- W tej, którą przyjemniej będzie ci ze mnie zdjąć. – rzekła zadziornie, a ja szeroko się uśmiechnąłem. I jak tu nie kochać tej kobiety?

 

***

- I cięcie! – krzyknął reżyser. – ok. Mamy to. Na dziś, to już koniec. Do zobaczenia jutro. – wstał z krzesła i podszedł do mnie i Stephanie. – Dziewczyny świetna robota. Tylko Camille. Bardziej wyraziście, a tak to było super.

- Jasne. – uśmiechnęłam się delikatnie.

- Do jutro dziewczyny. – ucałował nasze policzki, a następnie udał się do swojego pokoju.

- To, co? Idziemy na kawę? – zwróciła się do mnie Steph.

- Może jutro, albo jak wrócę, bo chciałam jeszcze wejść do księgarni.

- Ok. Podwieźć cię?

- W sumie, to możesz. Jeśli to nie problem.

- Oczywiście, że nie. – posłała mi ciepły uśmiech, a następnie poszłyśmy w stronę naszej wspólnej garderoby.

Po upływie piętnastu minut siedziałam w samochodzie na miejscu pasażera.

- Cam. Mogę cię o coś zapytać? – odezwała się trochę nieśmiało.

- Oczywiście.

- Minęły dwa lata. Zapomniałaś już o nim czy nadal uważasz, że coś z tego jeszcze będzie. Dwa lata to w końcu bardzo długo. – w sumie mogłam się spodziewać, że zacznie taki temat. Cicho westchnęłam.

- Co z tego, że minęło tak długo, skoro cały czas jest praktycznie przy mnie. Czy nadal chcę z nim być? Nie wiem. Nie wiem nawet czy on też tak czasem myśli. Uważam, że tak jest mu lepiej i wygodniej jesteśmy blisko, ale nie za blisko. Rozumiesz, prawda?

- Tak, ale nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Chcesz do niego wrócić czy nie?

- Stephanie mówiłam, nie wiem. Moje uczucia się zmieszały, a może już pomału gasną.

- A nie chciałabyś spotkać kogoś innego. Żyć trochę, a nie mieć nadzieję, że z Loganem coś jeszcze wyjdzie?

- Chcesz, abym znalazła sobie chłopaka?

- Tak. Czemu nie? Myślisz, że Logan nie rozgląda się czasem za jakąś dziewczyną?

- A rozgląda? – spytałam ze słyszalnym strachem. Spojrzała na mnie uważnie. Kurczę.

- Weź się w garść Camille. Nie wiem. Kiedyś mi Carlos mówił, że podobno zagadała do nich jakaś dziewczyna i chwilkę pogadała z Loganem, a później sobie poszła.

- O czym rozmawiali? – zapytałam, zanim ugryzłam się w język. Znów przeszyła mnie wzrokiem.

- Camille. Proszę cię. Zapomnij o nim. Chodźmy gdzieś na imprezę. O wiem! Przecież w sobotę Jo ma premierę, może mogłaby cię wziąć ze sobą? Poznałabyś jakieś fajne sławy. Co ty na to? – wielki entuzjazm widać był u niej w samym oczach.

- Przestań Stephanie. Jo idzie na tą premierę z Kendallem. Zapraszała nas, ale jej odmówiłyśmy czyż nie? – bardziej stwierdziłam, niż zapytałam. Ona z lekkim grymasem kiwnęła twierdząco głową.

- Ale po jutrze jest u Jo i Kendalla, przyjęcie z okazji urodzin pani Taylor. Może zaprowadzisz tam jakiegoś chłopaka, co? Zobaczymy reakcję Logana. Jeśli będzie zazdrosny, to będziemy miały odpowiedź na nurtujące nas pytanie, a jeśli nie, to będziesz musiała o nim zapomnieć i ułożyć sobie życie na nowo.

- Mam wykorzystać chłopaka, dla własnych przyjemności? – spytałam z lekkim niedowierzaniem. Choć nie wiem czy akurat przyjemności.

- Nie koniecznie wykorzystać.

- Na przyjęcie przyjdę sama. To będą urodziny pani Taylor. Tam będą wszyscy nasi przyjaciele, a ja mam przychodzić z chłopakiem? Nieznanym nikomu chłopakiem?

- A jak Logan przyjdzie z dziewczyną?

- To niech przyjdzie. – wzruszyłam ramionami, jednak w środku, tak naprawdę panikowałam.

- Camille. Wiem i widzę co czujesz. Zastanów się nad tym. Dziś wieczorem zadzwonię do Jo i zapytam się czy…

- Stephanie… – przerwałam jej. – …nawet jeśli bym się zgodziła i Jo również w dzień nie znajdę chłopaka. Tym bardziej chłopaka, który na następny dzień będzie chciał pójść ze mną na przyjęcie z okazji urodzin mamy mojej przyjaciółki. – przewróciłam oczami. – Nie uważasz, że to głupie? – to było bardzo głupie!

- Nie. Nie uważam.

- Stephanie! Postaw się w mojej sytuacji. Jak ty byś zareagowała gdybyś zerwała z Carlosem i nagle miałabyś przyjść na takie przyjęcie z chłopakiem którego znasz zaledwie jeden dzień?

- Pewnie dobrze bym się nad tym zastanowiła… – urwała.

- No właśnie.

- … Ale spróbowałabym. – spojrzałam na nią nie wiedząc, czy mówi poważnie, czy na żarty.

- Dobra. Zakończmy ten temat. – nie chciałam dalej tego ciągnąć. Już mnie zmęczyła samą rozmową.

- Ok. Ale zastanów się nad tym.

- Jasne, jasne.

- To do której tej księgarni?

- Tej za rogiem.

- Ta nowa?

- Tak. – kiwnęła tylko twierdząco głową.

Dziesięć minut później rozglądałam się za ciekawą książką. Teraz odkąd wszyscy się wyprowadziliśmy z PalmWoods nie jest tak samo jak ostatnio. Pewnie powiewa tam nudą. Ja chciałabym wypełnić jakoś swój wolny czas. Wypadałoby poczytać jakąś fajną książkę. Weszłam do działu z literaturą kryminalną. Wpadłam na bardzo ciekawą książkę. Przysiadłam na fotelu umieszczonym w rogu i przeczytałam prolog i pierwszy rozdział. Początek wydał mi się już odpowiedzią na całą książkę, ale zazwyczaj jak ma się takie wrażenie końcówka zaskakuje. Wczytałam się w drugi rozdział kiedy nagle poczułam jak na moje kolana spada książka. Całe szczęście nie na głowę. Spojrzałam na tytuł „Daj mi szansę”. Zaśmiałam się.

- Przepraszam cię najmocniej, ten regał jest irytujący. Cały czas jakaś książka spada. – podniosłam wzrok i ujrzałam bardzo przystojnego ciemnego bruneta.

- Nic nie szkodzi. A dlaczego książki spadają? – zapytałam rozbawiona.

- Obok robią remont sklepu i gdy coś wiercą czy przybijają, to książki spadają. – zaśmiał się. Ma uroczy uśmiech.

- I nic z tym nie zrobicie?

- Od dłuższego czasu zastanawiamy się czy książek nie przenieść, czy jakoś nie odsunąć tych półek.

- Remont kiedyś skończą. – stwierdziłam.

- Ciekawy jestem kiedy. Od dawna ten remont robią.

- Może to było przyczyną likwidacji sklepu, jaki tu był przed waszą księgarnią?

- Jeśli tak, to wcale się im nie dziwię. To strasznie wkurzające. – zaczesał palcami włosy. Chyba trochę się skrępował. – Zainteresowałaś się? – spojrzał na mnie, a jego brązowe oczy całą mnie przeszyły. Zarumieniłam się.

- To znaczy… – nie do końca zrozumiałam. Przez chwilkę pomyślałam, że chodziło mu o niego, ale od razu się skarciłam! Chodzi mu o książkę! Muszę wybrnąć z tej sytuacji. – … książka jakoś na wstępie mnie nie pociągnęła, ale wydaje się nawet fajna. I chyba kupię też tę, która na mnie wpadła „Daj mi szansę” tytuł mówi sam za siebie, czyż nie? – uśmiechnęłam się ciepło.

- Yyy… – tym razem to chyba on nie zrozumiał.

- „Daj mi szansę” w sensie, żeby dać szansę książce. – wyjaśniłam szybko.

- Aaa tak. Przepraszam, nie chciałem, abyś tak pomyślała.

- Spokojnie. Rozumiem. – może się przywitać. Co mi szkodzi? – Jestem Camille. A ty?

- Dylan.

- Miło mi cię poznać. – podałam mu rękę na przywitanie.

- Mi również Camille. – ale słodko to powiedział.

- Długo tu pracujesz? – spytałam.

- Tak naprawę, to księgarnia mojej cioci. Często jej pomagam.

- A czym się zajmujesz?

- Aktualnie studiuję prawo.

- Prawo? Ciężkie studia. Twoje zamiłowanie?

- Raczej chęć zdobycia dobrej pracy, ale zainteresowanie również. – podrapał się po głowie. – A ty? Studiujesz?

- Nie. Jestem aktorką. – uśmiechnęłam się nieśmiało.

- Dobrze przeczuwałem, że skądś cię kojarzę. Nie pamiętam jaki to był film, ale wiem, że oglądałem.

- Cieszy mnie to. – posłałam mu ciepłe spojrzenie.

- A może… miałabyś ochotę na kawę? – zapytał nieśmiało.

- Jasne. Z wielką chęcią. – sama nie wiem co robię. Zgodziłam się iść z nim na kawę, a co z Loganem? Jak zareaguje? Może mu się to nie spodobać… zaraz! Ja pierdolę. Na serio tak pomyślałam? Kobieto Logan z zakończył z tobą definitywnie! Powinnam posłuchać Stephanie. Wziąć się za siebie i żyć. Co mi tam! Logan to przyjaciel. Powinien zrozumieć, że mam prawo spotykać się z kimkolwiek chcę. Nie może mi zabronić!

_____________________________________

Wyczekiwany 125 rozdział już za nami ;)))
Teraz brać się za kolejny. Możliwe, że pojawi się on w niedzielę ^^

Pozdrawiam i całuję Stelss :************

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , | 9 komentarzy

Rozdział 124

W poprzednich rozdziałach:

Kendall i Jo: Po odnalezieniu Jo i powrocie do PalmWoods Kendall staje się bardzo troskliwym partnerem jak i przyszłym ojcem. Pomysł wyprowadzki do nowego domu, niezbyt odpowiada Jo. Zważywszy na problemy w gronie przyjaciół, dziewczynie tym bardziej nie w smak wyprowadzać się z hotelu. Znając główną przyczynę pomysłu, planowanie zamieszkania w nowym domu udaje się jej przedłużyć o kilka miesięcy.

Logan i Camille: Po spotkaniu dawnej znajomej przez Logana, w życiu pary pojawia się nowy problem. Dziewczyna przez zazdrość i złość zrywa z chłopakiem zważywszy na to, że powód był tak naprawdę bez sensu. Jednak ten ‘bezsens’ staje się dla obojga nie lada wyzwaniem. Żadne z nich nie ma zamiaru przyznać się do winy. Pomimo bólu i smutku spowodowanym zakończeniem związku, oboje czekają zanim to druga osoba zrobi pierwszy krok.

Carlos i Stephanie: Pomysł wspólnego biegania z ukochanym, aby zwiększyć swoją aktywność fizyczną oraz spędzić razem trochę wolnego czasu, jest pomysłem bardzo dobrym, dla zdrowia jak i związku pary. Natomiast, niespodziewanie w idei przeszkadza stan zdrowotny Carlosa. Zaniepokojona i zatroskana dziewczyna postanawia z pomocą Jamesa zabrać Carlosa do szpitala. Przez myśl przychodzi atak astmy, jednak owa choroba tak po prostu nie znika. Para niecierpliwie czeka na wyniki badań.

James i Amber: Po sprowadzeniu Jo wszystko wraca do normy. James ma wielką niespodziankę dla swojej ukochanej. Okazuje się, że chłopak kupił dziewczynie rasowego pieska o nadanym mu imieniu „Fox”. Dziewczynie trudno przyjąć prezent z powodu nieprzyjemnego przeżycia w dzieciństwie, jednak Jamesowi udaje się przekonać ją do wspólnej opieki nad pieskiem. W między czasie Amber dowiaduje się, że jej chłopak przetrzymuje w domu broń. Po wyjaśnieniu wszystkiego godzi się na nią pod warunkiem, że jej użytek będzie spowodowany nagłym zagrożeniem życia.

Louis i Lucy: Po zaspokojeniu sprawy, para ma się coraz lepiej. Louis zaprasza swoją dziewczynę do wykwintnej restauracji, gdzie oświadcza jej, że chcę aby wraz z nim udała się na wspólny tygodniowy wyjazd na Karaiby.

 

***

- Carlos! Pośpiesz się! Za dwadzieścia minut musimy być u doktora. – popędziłam go, kiedy zauważyłam, że jeszcze nie jest gotowy.

- Czemu ci się tak spieszy? Przecież i tak nic takiego wyniki nie pokażą. – odrzekł mało przekonująco.

- Tego nie wiesz, ja też nie i dlatego nie chcę zwlekać. Pośpiesz się i jedziemy.

- Już, już. – krząta się po pokoju w poszukiwaniu bluzy. Wyszedł mi naprzeciw dając znak, że jest gotowy.

- Nareszcie. – rzekłam. – Chodź. Nie ma chwili do stracenia. – pociągnęłam go w stronę wyjścia i ruszyliśmy na parking.

- Nie stresuj się tak. – odezwał się w połowie drogi widząc, że jestem bardzo spięta. – Zachowujesz się jakbyś miała jechać na ścięcie, a my tylko jedziemy po wyniki.

- Ty się nie martwisz? – spytałam z lekką irytacją. Mi tu serce wali ze strachu, że coś może być nie tak, a on po prostu mówi mi, żebym się nie martwiła. On! Chłopak który jedzie odebrać swoje wyniki mówiące o JEGO stanie zdrowotnym. … Ok. Może faktycznie za bardzo panikuję, ale, kurczę no! Mam złe przeczucia.

Starałam się przez resztę drogi przynajmniej udawać, że wszystko jest w porządku. Mało przekonująco mi to wyszło, jednak nie panikuję jak przed chwilą. Gdy stanęliśmy przed szpitalem, serce na nowo zaczęło mi bić jak opętane! Stephanie! Opanuj się! Przecież nie idziesz oglądać zwłok w kostnicy! Wzięłam głęboki wdech i wydech, po czym uspokoiłam się, kiedy Carlos uśmiechnął się pocieszająco. Nie powiem, jego uroczy uśmiech działa na mnie, jak na nie jedną dziewczynę.

Wchodząc, nawet nie pytaliśmy się recepcjonistki czy jest lekarz, po prostu udaliśmy się do niego. Będąc przy jego gabinecie, zapukaliśmy kilka razy, a po słyszenie głośnych słów „proszę wejść”, natychmiast wykonaliśmy polecone nam zadanie.

- Dzień dobry. – chciałam uśmiechnąć się szczerze i ciepło, ale wyszło sztucznie i niezgrabnie.

- To państwo. Proszę usiądźcie. – oparł się łokciami o blat biurka i wskazał na stojące przed nim dwa krzesła. Usiadłam jak więzień na krześle elektrycznym, czekający na swoją śmierć. Zerknęłam na Carlosa. Niby się nie przejmował, ale widziałam zdenerwowanie na jego twarzy.

- Czy… czy ma pan już wyniki? – spytałam, nie chcąc czekać zanim to on zacznie.

- Owszem. Mam wszystkie wyniki.

- I? Coś mu dolega? To jednak astma? Niechże pan mówi. – popędziłam go.

- Niech się pani uspokoi. Bo stres nie jest dobry ani dla pani, ani dla pana Garcii.

- Już dobrze.

- Może powinna pani wyjść, napić się wody, a ja porozmawiać z panem Garcią?

- Nie. – zaprzeczyłam od razu. – Chcę być przy tym.

- Dobrze. A więc… badania wykazały, że to nie jest astma. – troszkę mi ulżyło. Złapałam Carlosa za rękę.

- W takim razie co? – zapytał sam Latynos.

- Ma pan białaczkę limfatyczną. – nie. Przez chwilę zapomniałam jak się oddycha.

- Białaczka limfatyczna? A co to za białaczka? – spytał zaskoczony Carlos.

- Na szczęście ma pan ‘przewlekłą’ białaczkę limfatyczną. Wyróżnia się ona tym, że na tle innych białaczek jest stabilna i nawet bez podjęcia leczenia przez długi okres nie wpływa negatywnie na jakoś życia chorego.

- Czyli co? Mam białaczkę na którą nie choruję? – spytał z lekkim rozbawieniem. Ja się nawet nie odzywałam. Zabrakło mi języka w buzi.

- Nie, nie. Nie oto mi chodziło. Przewlekła białaczka limfatyczna, nie zawsze jest odpowiednio wcześnie wykrywana, dlatego też lekarze mieli problem z tym czy faktycznie pan na coś choruję, czy może była to astma.

- Ale…- odezwałam się w końcu. – Przecież w jego rodzinie, nikt nie chorował na białaczkę, więc jak to możliwe, że on ją ma?

- Białaczka na jaką choruje pani partner jest spowodowana nabytymi uszkodzeniami DNA w jednej komórce w szpiku. Uszkodzenia nie są dziedziczne, ale czynniki genetyczne najprawdopodobniej mają wpływ na występowanie choroby.

- No ok., dobrze. Ma uszkodzone DNA, czy jak to pan mówił. Nie zdiagnozowali tej choroby w wieku ośmiu lat, ok, była trudna do wykrycia, ale w wieku piętnastu, szesnastu? Czemu na przykład nie wtedy?

- Rozwój choroby jest zazwyczaj stopniowy. Chory obserwuje u siebie spadek wagi oraz duszność w czasie aktywności fizycznej. Co było u pana potwierdzone. Nawet niewielki wysiłek powoduje zmęczenie. We krwi dochodzi do zwiększenia ilości białych krwinek. Kiedy limfocyty gromadzą się w układzie limfatycznym, u chorego może dojść do powiększenia węzłów chłonnych. U niektórych chorych, w tym i pana, zmiany we krwi mogą być bardzo nieznaczne, a diagnoza przewlekłej białaczki limfatycznej może opóźnić się nawet o lata.

- Dobrze. To najważniejsze pytanie. Wyjdzie z tego?

- To nie wyrok, da się ją wyleczyć. – uśmiechnął się pocieszająco, a mi kamień spadł z serca.

***

Leżałam wygodnie rozciągnięta na leżaku, opalając się, będąc wraz z Louisem na wypożyczonym specjalnie dla nas jachcie. Od trzech dni jesteśmy na wycieczcie po Karaibach i jest świetnie! Słońce, woda, świeże powietrze i Louis. Czego mi więcej potrzeba? Po wielu tygodniach ciężkiej pracy nad moim drugim albumem przydało mi się kilka dni odpoczynku. Cieszę się, że szef pozwolił mi wyjechać na tą wycieczkę, lecz odkąd tu jestem coraz częściej zastanawiam się jak jest w PalmWoods. Mimo, iż rozmawiam codziennie z dziewczynami, które oświadczają mi że wszystko jest w porządku, ja wciąż mam wrażenie jakby omijało mnie coś co powinnam wiedzieć. Camille i Logan nadal się nie zeszli. Od momentu ich zerwania w ogóle ze sobą nie rozmawiali. Mam nadzieję, że będzie dobrze. Tak długo bez swojego towarzystwa jeszcze nie wytrwali.

- Smacznego. – usłyszałam ten kojący dla moich uszu głos. Otworzyłam oczy i ujrzałam mojego bruneta z tacą w rękach. Delikatnie podniosłam się z leżaka i usiadłam przed stolikiem. Louis przysunął sobie krzesło i przysiadł naprzeciwko mnie.

- Sam to wszystko zrobiłeś? – spytałam zaciągając się pięknym zapachem ryby na parze. W tych strona ryby są przepyszne.

- Owszem. – uśmiechnął się ciepło. – Chcesz wina?

- Tak. Chcę.

- Białe? Czerwone?

- Hmm… białe piliśmy wczoraj. To może czerwone?

- Jasne. Daj mi chwilkę. – wstał i udał się w stronę kuchni. Szybko złapałam za widelec i oderwałam kawałek mięsa, które szybko znalazło się w moich ustach. Posmakowałam również sałaki umieszczonej w małej miseczce koło mojego talerza.

- Hmm… bardzo dobre. – powiedziałam sama do siebie, delektując się każdym kawałkiem.

- Smakuje ci? – odrzekł Louis zatrzymując się koło mnie. Odkorkował wino, po czym wypełnił mój kieliszek do połowy, po czym zasiadając naprzeciwko mnie nalał i sobie.

- Nie sądziłam, że umiesz tak dobrze gotować.

- Nie umiem zbyt dobrze, aczkolwiek kiedy byłem mały często jeździliśmy z dziadkiem na ryby. Nauczył mnie jak je przyrządzać. Przynajmniej to umiem. – uśmiechnął się nieśmiało. A mi pojawiły się delikatne rumieńce na policzkach.

- Co jeszcze umiesz ugotować?

- Zupę. – zaśmiał się a ja w raz z nim.

- I co jeszcze?

- Naleśniki. Lasagne. Umiem upiec ciasto, choć cienko mi to wychodzi.

- To umiesz więcej ode mnie. – powiedziałam z rozbawieniem.

- No chyba nie. Uważam, że kucharką jesteś lepszą. Twój kurczak w panierce był zachwycający. – stwierdził smakując przygotowaną przez niego rybę. – Faktycznie dobra. – oznajmił, a ja wybuchłam śmiechem.

- Kochanie bardzo skromny jesteś. – uśmiechnęłam się szeroko do niego, po czym wróciłam do posiłku.

 

O godzinie 5pm pogoda nas dość zaskoczyła. Zaczęło padać. Zdziwiliśmy się trochę, bo w prognozie zapowiadali słoneczne dni przez całe dwa tygodnia, no ale cóż, matka natura lubi ludziom płatać figle. Na szczęście nie jest to ulewa, ani nic z tych rzeczy. Popada i przestanie, a jak zacznie się robić nieprzyjemnie, to będziemy musieli wrócić do portu.

- Proszę. – podał mi kieliszek wina. Dziś to już mój czwarty. Przysiadł się koło mnie na kanapie i upił łyka swojego napoju. – Na co masz ochotę? Pogoda troszkę pokrzyżowała nam plany.

- Nawet dobrze, że zaczęło padać. Cały czas słońce i upały. I tak do znudzenia. Przynajmniej ludzie odetchną świeżym powietrzem.

- Pewnie masz rację. – odłożył kieliszek na stolik, a następnie kładąc się na kanapie położył głowę na moich kolanach. Uniosłam dłoń nad jego głową i powoli, delikatnie zaczęłam go głaskać po głowie.

- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że mam ciebie. – powiedział słodko pod nosem całując w międzyczasie moje kolano.

- Nawet nie wiesz jak ja się cieszę, że mam ciebie. – nachyliłam się i musnęłam jego ciemno brązowe włosy.

***

Udałam się windą na siódme piętro gdzie znajduje się gabinet mojego szefa. Kiedy wyszłam z windy bez żadnego przywitania z sekretarką skierowałam się prosto do jego biura. Nie pukałam. Spodziewa się mnie. Weszłam do środka i stanęłam przed biurkiem Steva.

- A więc? Co takiego ważnego chciałeś mi powiedzieć.

- Usiądź. – wskazał na krzesło naprzeciw biurka. Z wielką chęcią usiadłam, nie odrywając wzroku z szefa. Ruszyłam głową i delikatnie uniosłam dłonie w geście popędzenia go do wyjaśnień.

- Nie bądź niecierpliwa Amber. Zaraz się wszystkiego dowiesz. – powiedział opanowany.

- Nie wiem jak ty, ale mam ciekawsze rzeczy do robienia. W tym tygodniu to już drugi raz muszę odmawiać Jamesowi spotkania ze mną. Nie ukrywam, że mam też swoje prywatne życie, nie chcę go zaniedbywać.

- Myślałem, że zaciekawi cię to co mam ci do powiedzenia. W końcu jest to robione na twoje życzenie.

- To może się sprężysz i powiesz w końcu o co chodzi? – zapytałam zniecierpliwiona.

- Sprowadziłem ci tu z powodu Samanty. – od razu się ożywiłam. Podniosłam się gwałtowanie na krześle.

- Chyba wam nie uciekła, prawda?

- Nie. Skąd. W życiu bym do tego nie dopuścił. – stwierdził.

- Więc o co chodzi?

- Mówiłaś mi ostatnio, żeby jej ani nie zabijać, ani nie usypiać…

- Tak. Chciałeś ją uśpić jak psa. – wtrąciłam oburzona, co prawda zasłużyła na każdą karę, ale ona również miała swoje powody.

- Dlatego też, wpadłem na inny pomysł. Doskonale wiedzieliśmy, że zatrzymanie ją we więzieniu, to tylko kwestia czasu, kiedy ktoś ją stamtąd wyciągnie. – tak. To prawda. Doskonale o tym wiedzieliśmy.

- I twoim genialnym pomysłem było… – przeciągnęłam aby dokończył. On spojrzał na mnie, po czym z górnej szuflady biurka wyciągnął brązową kopertę A4, którą rzucił na blat stołu tuż przede mną.

- Chcesz ją wysłać do ciepłych krajów? – spytałam żartobliwie, a jego kąciki ust delikatnie uniosły się do góry.

- Otwórz a sama się dowiesz. – podejrzliwym wzrokiem sięgnęłam po kopertę. Mając ja w swoich rękach czym prędzej wyjęłam to co znajdowało się w środku.

- To są akta? – spytałam.

- Poznaj proszę… Danielle McCay.

- Zmieniłeś jej imię i nazwisko? – zapytałam, a on parsknął śmiechem.

- Zmieniłem jej wszystko. Pozostawiłem bez zmian tylko datę urodzenia. – przejrzałam uważnie wszystko co zostało tam napisane.

- No ok. Napisałeś, że jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym kiedy miła siedem lat, później do szesnastego roku życia opiekowała się nią babcia, która zmarła na zawał serca, a opiekę nad nią zaczęła sprawować sąsiadka babci do momentu jej wyprowadzki do Los Angeles. – przeczytałam. – Ok. Masz zmienić to: „ Po śmieci Lydii McCay, która zmarła na zawał serca, opiekę nad niepełnoletnią przejęła sąsiadka panny Lydii McCay, Grace Hold do momentu, aż Danielle McCay usamodzielniona i pełnoletnia wyjechała do stanu ‘California – Los Angeles’.”

- Co ci się w tym zdaniu nie podoba? – spytał.

- Nie chcę, aby w jej aktach było napisane cokolwiek co mogłoby zachęcić do wyjaśnienia swojej przeszłości.

- Możemy znaleźć osobę, która będzie odgrywała rolę Grece Hold.

- Nie. Masz zmienić w aktach, że do dziewiętnastego roku życia jej prawnym opiekunem była babcia, która zmarła na zawał serca, a ona po jej śmierci wyjechała do LA. Do tego masz dopilnować, aby nagrobki jej „rodziców i babci” znalazły się na cmentarzu oraz wszystkie papiery dotyczące zgonu jej rodziny znalazły się w szpitalach i na komendach policji i gdziekolwiek jeszcze. Ok.?

- Bardziej o nią dbasz niż ktokolwiek. – odezwał się zaskoczony.

- Po prostu nie chcę, aby pojawiła się jakakolwiek luka. Nie może dowiedzieć się kim była i jaką miała przeszłość.

- Dobrze. Wszystkim się zajmiemy.

- Gdzie ona teraz jest?

- Jeszcze się nie obudziła.

- To już wszystko zaczęliście robić? A ja dowiaduję się ostatnia?

- Nie Amber. Nie dowiadujesz się ostatnia. Jesteś pierwszym agentem, który się o tym dowiaduje. To prawda wszystko już jest zrobione, ale wiedzieliśmy, że jest to jedyna możliwa dla niej pomoc.

- Nie przypomni sobie przeszłości?

- Nie. Będzie wiedzieć tylko te moment jakie my dostarczymy do jej pamięci.

- Ok. Rozumiem, że mogę już iść? – wstałam z krzesła odkładając akta z powrotem na jego biurko.

- Tak. – skierowałam się w kierunku drzwi, kiedy już miałam zamiar wyjść odezwał się Steve.

- Amber. – spojrzałam na niego pytająco.

- Samanta Klar już nie żyje… narodziła się Danielle McCay. – stwierdził, a ja lekkim kiwnięciem głowy wyszłam z gabinetu.

***

Stałem przed jej drzwiami ponad piętnaście minut. Kompletnie nie wiem, jak mam zacząć tą rozmowę, a co dopiero powiedzieć jej to co przemyślałem przez ostatni tydzień. Kurczę, nie powiem jej tego… ehhhh… ogarnij się Mitchell! Jesteś mężczyzną czy nie?! Raz jeszcze stanąłem przez jej drzwiami. Wziąłem głęboki oddech i bez tchu szybko zapukałem, po czym od razu złapałem się za głowę nie rozumiejąc dlaczego to zrobiłem. I co teraz? Uciekać? Zostać? Już chciałem ruszyć ku ucieczce, kiedy nagle usłyszałem, że drzwi się otwierając. Odwróciłem się w stronę brunetki.

- Cześć. – odezwałem się pierwszy, strasznie spięty.

- Hej. – powiedziała … zaskoczona, tak, zaskoczona, a może zmieszana? Nie, raczej zaskoczona. – Nie spodziewałam się ciebie tutaj. – Ha! Mówiłem zaskoczona.

- W sumie ja też nie. – i od razu ugryzłem się z język, po co to powiedziałem?

- Więc dlaczego tu jesteś?

- Bo musimy porozmawiać. – powolutku się opanowywałem.

- Ohh.

- Mogę wejść? – spytałem nieśmiało. – Nie chcę rozmawiać na korytarzu. – zastanawiała się. Wpuści mnie, czy może oleje?

- Ok. Wejdź. – uff… wpuściła. Powoli wszedłem do środka. Zatrzymałem się na mały korytarzu czekając zanim pozwoli mi przejść do salonu. – Chodź. – podążyłem za nią. – Usiądź. – wskazała na sofę, a ja posłusznie zrobiłem co powiedziała. – Chcesz się czegoś napić? – pokręciłem przecząco głową. – Więc? Co chcesz mi takiego powiedzieć? Usiadła na fotelu po mojej prawej stronie. Nie masz już wyjścia Mitchell. Naważyłeś piwa, to teraz je wypij.

- Cóż… – zacząłem. – Po ostatnich przeżyciach stwierdzam, że pomiędzy nami naprawdę się pogorszyło.

- Naprawdę? – spytała jakby tego nie wiedziała. Podrapałem się po głowie, po czym mówiłem dalej.

- Wiemy jak sprawa wygląda. Ty masz swoje zdanie, a ja swoje. Nie możemy dojść do porozumienia. Ktoś więc musi zrobić pierwszy krok. Postanowiłem, nie, źle, pomyślałem, że nie powinniśmy się już z tym męczyć. – powiedziałem trochę niezrozumiale.

- Co masz na myśli?

- Dajmy sobie spokój Camille. Doskonale wiemy, że jak się nie kłócimy, to jest wszystko ok, jednak, gdy zaczniemy wszystko zmierza nie po naszej myśli. Albo zrywamy i się schodzimy, albo się do siebie nie odzywamy. Tym razem sprawa wygląda ciut inaczej i nie ukrywam, że mnie już to wszystko męczy. Skąd mamy wiedzieć kiedy znowu pokłócimy się z jakiego kolejnego głupiego powodu? Znowu będziemy przerabiać to samo? Zerwanie i zejście się? Naprawdę tego chcesz? Takiego… jakby to powiedzieć… nieharmonijnego związku. Ja mam na serio tego dość. Oczywiście, przykro mi, bo przeżyliśmy ze sobą wiele przyjemnych chwil, bardzo przyjemnych, ale i wiele gorszych. Chcę, aby z naszego związku pozostała przyjaźń i nie mówię tego jak każda osoba po zerwaniu „zostańmy przyjaciółmi, tak będzie dla nas najlepiej” mówię to dlatego, że tak naprawdę zaczynaliśmy jako przyjaciele i jestem pewien, że jako przyjaciele również możemy skończyć. Melanie to moja dobra koleżanka, była jest i będzie dobrą koleżanką, nigdy nawet nie pomyślałem, że mógłby być ktoś inny niż ty, zawsze będziesz dla mnie „moją Camille” tą najważniejszą, ale nasz związek tak czy siak jest skazany na porażkę. Nie damy sobie rady, a doskonale wiemy, że jak pojawi się kłótnia żadne z nas nie da za wygraną. Jesteśmy w stanie być dla siebie dobrymi przyjaciółmi. Ja naprawdę w to wierzę, bo nie przeżyłbym, gdybyś śmiertelnie się na mnie obraziła. Chcę utrzymywać z tobą bardzo dobre relacje. Takie jakie były kiedy byliśmy razem… ty będziesz miała spokój, ja będę miał spokój a pomimo tego wszystkiego wciąż będziemy ze sobą blisko. … – nastała niezręczna cisza. Nie mogłem nic wyczytać z wyrazu jej twarzy. – Camille. Powiedź coś, proszę. – nadal nic. – Camille.

- Masz rację. – przytaknęła, podnosząc na mnie wzrok. – Nasz związek jest skazany na porażkę. Niestety. – powiedziała cicho. Było mi głupio, cholernie głupio, ale to jedyne dobre rozwiązanie.

- Zgodzisz się, abyśmy utrzymali przyjacielskie stosunki? Cholernie mi na tym zależy. – patrzyłem na nią niemal błagalnie.

- Tak. Jasne, że się zgodzę. Nie potrafiłabym dać ci spokoju. – powiedziała żartobliwie, aczkolwiek wyczułem w tym lekki smutek i … prawdę. Nie dałaby, zresztą, nie wiem nawet czy bym chciał.

- A więc… przyjaciele? Tak na serio? – spytałem podając jej prawą rękę. Ona popatrzyła na nią chwilę, po czym ujęła ją i mocno ścisnęła. Wstaliśmy z miejsc wciąż trzymając się za dłonie. Podszedłem do niej i przytuliłem ją po przyjacielsku.

 

***

Nie mogę uwierzyć, że zaspałam! Wczoraj z trzy razy sprawdzałam budzik w telefonie. Nawet ustawiłam dźwięk na maxa abym na pewno usłyszała. A tutaj co?! Za piętnaście minut muszę być na planie! Nie czekając chwili dłużej szybko się przebrałam wrzuciłam do torebki jakiś owoc i wodę i wybiegłam z mieszkania czym prędzej mogłam. Stanęłam przed windą. Czekam tupiąc ze zdenerwowania nogą. Stwierdziłam, że zejdę schodami w końcu to tylko trzy piętra. Ruszyłam w kierunku schodów, szybkim tempem schodziłam ze schodka do schodka, aż w końcu usłyszałam głośny głos jednej ze sprzątaczki, a kiedy zorientowałam się co do mnie powiedziała poślizgnęłam się ze schodka spadając kilka metrów w dół. Poczułam niezmierny ból w okolicach głowy, prawego żebra, a przede wszystkim podbrzusza. Moja fasolka. Nie zdążyłam niczego powiedzieć, kiedy kompletnie straciłam przytomność.

Lekko otworzyłam oczy i słyszałam głos przerażony głos Camille.
- Na co czekasz Stephanie! Dzwoń po Kendalla! Powiedź mu, żeby natychmiast przyjechał do szpitala św. Helen. – zauważyłam jak nagle znajduję się w karetce. Delikatnie podskoczyłam na noszach, po czym znów przymknęły mi się oczy.

Ponownie usłyszałam czyjeś głosy. Tym razem był to dialog dwóch mężczyzn. Rozpoznaje po głosie Kendalla, prawdopodobnie drugim mężczyzną jest lekarz. Mówili coś o tym kiedy się wybudzę. Po chwili zorientowałam się, że ktoś  trzyma mnie za rękę. Chciałam obrócić głowę i ujrzeć twarz mojego towarzysza, lecz mój stan mi na to nie pozwalał, nawet palcem nie mogłam ruszyć. Myśl i zachęcenie się do wykonania jakiejkolwiek czynności fizycznej była tak pochłaniająca, że znów zapadłam w sen.

Oczy otworzyły mi się delikatnie. Stwierdziłam, że już na pewno się wybudziłam. Wzrokiem rozejrzałam się po pomieszczeniu, nic praktycznie nie widziałam. Była noc. Poczułam ciepły oddech na mojej dłoni. Powoli udało mi się odwrócić głowę w lewą stronę. Słabo, ale udało mi się ujrzeć leżącego z twarzą na moim łóżku Kendalla. Lewy policzek miał płasko położony na materacy, a przed jego twarzą w jego uścisku spoczywała moja dłoń. Lekko nią ruszyłam trącąc przy okazji delikatnie mojego ukochanego za nos. Od razu przebudził się. Podniósł się z miejsca i zapalił lampkę, która stała na stoliku.

- Jo. Obudziłaś się. – mocniej ścisnął moją dłoń, po czym usiadł na brzegu mojego łóżka i nachylając się ku mnie musnął delikatnie moje czoło. Wpatrzyłam się w jego ucieszone, lecz wciąż pogrążone w smutku oczy. Od razu co sobie pomyślałam to dziecko.

- Co z …

- Ciiii. – wciął mi się w zdanie i zaczął głaskać mój policzek.

- Czy ja…

- Nie przejmuj się tym teraz. – ujął moją twarz w obie dłonie, po czym najdelikatniej jak mógł musnął moje suche, spragnione usta. Czyli jednak… Poroniłam… Łzy napłynęły mi do oczu. Mimowolnie spłynęły mi po policzkach. Poczułam delikatnie gładką skórę mojego ukochanego, który ściera mi mokre łezki.

- Nie płacz. To nie koniec świata. Będziemy mieli jeszcze wiele dzieci. Obiecuję ci. – ucałował moją dłoń.

- Połóż się koło mnie. – wymamrotałam  przez łzy. Przesunęłam się, aby miał więcej miejsca, a po chwili już mogłam poczuć przyjemne ciepło mojego ukochanego blondyna. Przynajmniej odrobinę, poprawiło mi to moje samopoczucie. I pomyśleć, że przez zwykłe zaspanie moja przyszłość i myśl o stworzeniu rodziny tak po prostu prysły. Życie potrafi być okrutne. Mam ogromną nadzieję, że natrafimy na lepsze zakończenie nowego początku. _______________________________________________

Nareszcie pojawił się 124 rozdział! Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni ^^
Postaram się jak najszybciej nadrobić straty :)))

Pozdrawiam Stelss :*********************

BLrv8OqCIAEmhST

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | 7 komentarzy

A więc…

Jak powiedziałam pojawi się kilka informacji ^^

Na samym początku chciałabym przeprosić, za tak dłuuuugąąąąąąąą nieobecność :/ jest mi przykro bo naprawdę nie pomyślałam o tym aby was poinformować -_- Tyle się działo. Na szczęście wszystko jest dobrze, przynajmniej dla mnie.
Wróćmy do informacji:

1. Nie wiem dokładnie kiedy pojawi się rozdział 124 lecz na pewno do końca tego tygodnia ;))
2. Rozdziały będą pojawiały się raz w tygodniu (oczywiście może zdarzyć się, że pojawią się        2, kto wie ;))) )
3. Jak zauważyliście w tytule pisze „Nasze historie – nowy początek”. Od razu uprzedzam,       że fabuła opowiadania jest wciąż taka sama (nic się nie zmienia). To będzie po prostu taki     przeskok ^^
4. 124 rozdział będzie uzupełniający, dlatego trochę z tym zwlekam xD
5. Wiem, że moja nieobecność była dość długa, więc dużo mnie ominęło. Postaram się jak       najszybciej nadrobić zaległości, a jest ich wieleeeeee.
6. Jeśli są tu czytelnicy, którzy chętnie wchodzą czytać moje opowiadanie i często               pozostawiają po sobie ślad, a sami prowadzą bloga, niech zostawią link w komentarzu, w wolnym czasie na pewno wejdę ;D
7. Komentarze, które będą wulgarne czy w nieodpowiedni sposób będą przedstawiać swoje niezainteresowanie blogiem lub obelgi na temat bohaterów opowiadania natychmiast będą usuwane!
8. Nie będę wchodzić i komentować bloga autor a/ki jeśli będzie to jednorazowy komentarz w którym komentujący poleca mi swój blog.
9. Będę częstą czytelniczką (i komentującą ^^) jeśli widzę, że czytelnik jest aktywny na mojej stronie internetowej.
10. Niektóre z tych informacji będą widniały po prawej stronie ekranu :))

To na razie tyle.
Jeśli macie do mnie jakiekolwiek pytanie (odnośnie oczywiście bloga, opowiadania itp. ) śmiało możecie pisać. Z chęcią odpowiem ;))

Pozdrawiam Stelss :*************

BTR 18

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , | 3 komentarzy

Powrót?

Już wkrótce ^^

BTR 30

Więcej informacji niebawem ;)

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | 4 komentarzy

Kolejna informacja -_-

Cześć wszytskim :-) Zapytana przez Marle S czy wszytsko ok postanowiłam ze napiszę.  Chciałam wyjaśnić przy rozdziale, ale teraz będzie lepiej.  Otóż,  mój laptop znów nazwalił i od ponad tygodnia jest w naprawie.  Nie wiem jak szybko mi go oddadzą, ale mam przeczucie ze nie prędko :/ dla mnie to nawet jak na razie dobrze.  Gdyż moja siostra miesiąc temu urodziła dziecko,  ale partner pracuje za granicą, a mamy dniami nie ma w domu bo pracuje.  Zostaje jej tylko ja, jak tylko wrócę ze szkoly. Rozumiem, dziecko. Trzeba się zająć, lecz mam jeszcze szkole i obowiązki domowe. Jak mówiłam kiedyś dawniej moja sytuacja nie wygląd za fajnie.  Nie pisze tego po to,  abyście się nade mną uzalali, czy abym ja mówiła wam jak mi strasznie ciężko itd. Pisze to i wylacznie dlatego,  że nie mam już pomału sił. Szczęściem w nieszczęściu jest takie,  ze od następnego tygodnia mam ferie uffff :-) jednak na czas feri przeprowadzam się do innego miejsca, gdzie na spokojnie będę mogą pomagać siostrze przy małej. Liczę na to, ze w sobotę albo w następnym tygodniu mój laptop powróci.
Proszę Was o cierpliwość i wyrozumiałość, po raz drugi :/ źle się z tym czuję, ale jak na razie nie mam innego wyjścia.
Postaram się nadrobić wasze rozdziały jak tylko będę miała czas. Czyli tak wieczorami możecie się mnie spodziewać :-)
Dziękuję za wyrozumiałość :-*
Pozdrawiam Stelss :*******

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano | 10 komentarzy

Rozdział 123

- Możecie mi powiedzieć gdzie jedziemy? – pomału oboje z Jamesem nie wytrzymujemy nerwowo. To chyba jego setne pytanie, odkąd tylko wsiedliśmy do samochodu. Marudzi i marudzi. Jak dziecko! Nie pisnęliśmy nawet słówka, co przeczuwam, tym bardziej go nakręcało. Gdybyśmy powiedzieli mu, że zabieramy go do szpitala, to wykręcałby się wszystkimi możliwymi sposobami, kto wie, czy czasem by nie uciekł.

- Czy to jest takie trudne powiedzieć mi gdzie jedziemy? O tak dużo proszę? – mówił podenerwowany.

- Jeny, Carlos! Czy to jest takie trudne poczekać kilka minut? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Nie odezwał się. Urażony odwrócił głowę w stronę okna i wpatrywał się przez nie, aż do momentu w którym dojechaliśmy na miejsce. Gdy tylko samochód stanął pod szpitalem Carlos nie wiedział co powiedzieć. Wyszłam z samochodu, a Latynos wciąż w nim siedział. Obeszłam auto i stanęłam przy drzwiach z których powinien już wyjść mój chłopak. Spojrzałam na niego za szyby, lecz on tylko pokiwał  przecząco głową. To już do tego doszło, że to kobieta będzie otwierać chłopakowi drzwi? Dwudziesty pierwszy wiek. Cóż zrobisz.

- Carlos wyjdź z samochodu i wejdźmy do szpitala. – powiedziałam z prośbą w głosie.

- Powiedziałem ci, że mi nic nie jest. To było tylko małe zasłabnięcie, nic więcej.

- Carlos, kochanie. Jak wiem kiedy jest ‘małe zasłabnięcie’ a kiedy poważne.

- Stary. Nie przedłużaj. Wiesz, że się o ciebie martwimy. – odezwał się James nie mogą słyszeć już narzekania Carlosa.

- Zrozum, że chcę być o ciebie spokojna. Lekarz zrobi ci badania i zobaczymy czy coś dzieje się z twoim organizmem, czy też jak to ty ująłeś, było to tylko ‘małe zasłabnięcie’. – patrzył się to na mnie, to na Jamesa, aż w końcu wysiadł z samochodu i odrzekł.

- Ok. Ale jeśli okażę się, że wyniki są pozytywne, to powiem ci wielkie ‘a nie mówiłem!’, jasne? – spytał, nie oczekując sprzeciwu.

- Jasne. – delikatnie się uśmiechnęłam, po czym podążyliśmy w trójkę do szpitala. Podeszłam do recepcji i spytałam o doktora Nicoll’a .

- Drugie drzwi po prawo. Proszę zapukać, jeśli nikogo nie będzie, to poprosi was o wejście.

- Dziękuję. – rzekłam, po czym udaliśmy się w stronę gabinetu lekarza. Jak prosiła mnie recepcjonista, grzecznie zapukałam, a kiedy usłyszałam głośne ‘proszę wejść’ otworzyłam szeroko drzwi i wpuściłam jako pierwszego Carlosa.

- Dzień dobry. – przywitaliśmy się.

- Dzień dobry. – uśmiechnął się miło. – Proszę usiąść i powiedzieć co się dzieje. Jak powiedział, to zrobiliśmy. Lekarz popatrzył chwilę to na mnie, to na Carlosa, szybko zorientował się, że chodzi o Latynosa, dlatego też popatrzył się na mnie miną prosząco, abym zachęciła go do rozmowy.

- Carlos. Powiesz lekarzowi co ci jest, czy sama mam powiedzieć?

- Jestem cały i zdrowy. – odrzekł.

- Dobrze. – odezwał się doktor. – To może niech pani powie mi co jest niepokojącego. – zwrócił się do mnie.

- Ostatnio zauważyłam, że ze stanem zdrowotnym mojego chłopaka nie jest dobrze. Kiedy tydzień temu poszliśmy pobiegać wszystko było ok. To sobie posapał, chwilkę odetchnął i normalnie bez problemu wróciliśmy do domu. W między czasie złapała go mała gorączka, ale szybko mu spadła, natomiast wczoraj kiedy znów postanowiliśmy pobiegać, po niespełna czterdziestu minutach, o mało co mi nie zemdlał. Cały się spocił, nie mógł wziąć oddechu i do tego krew poleciała mu z nosa. Rozumiem, że może troszkę przesadzam, ale to naprawdę jest niepokojące. Przedtem czuł się dobrze po godzinnym bieganiu, a wczoraj niekoniecznie.

- Ja jeszcze mogę dodać… – odezwał się James stojący za nami. – …, że niedawno również mieliśmy taką sytuację, że Carlos nam omdlał na próbie. Myśleliśmy, że to tylko z przemęczenia, bo próby z naszym szefem są naprawdę wyczerpujące i straszne, ale przyjaciółka dzisiaj powiedziała mi co takiego wydarzyło się wczorajszego dnia, więc na dzisiejszej próbie, również zerkałem co chwila w stronę Carlosa. Nie było najlepiej, utrzymywał się na nogach, lecz nie wytrzymał długo.

- Dobrze. Rozumiem. A pan? – zwrócił się do bruneta. – Nie chce pan nic powiedzieć?

- Moim zdaniem to tylko spadek formy. Nie pierwszy raz tak miałem, że krew poleciała mi z nosa, czy miałem chwile bezdechu.

- Tak. W wieku ośmiu lat kiedy miałeś astmę. – wtrącił się James.

- Chorujesz na astmę? – spytał lekarz.

- Chorowałem.

- Astma jest chorobą przewlekłą, której nie można wyleczyć, jednak można ją kontrolować. Zażywasz jakieś leki?

- Nie. Miałem astmę, znaczy chyba miałem, ale już nie ma.

- Jak chyba miałeś. To lekarze nie stwierdzili u ciebie objaw astmy?

- To było dość skomplikowane. Byli prawie pewni, że mam astmę, ale sami się dziwili, kiedy po roku idąc na kontrolę, zauważyli, że już nic mi nie dolega.

- Dziwne. – złapał się za brodę, myśląc chwilkę. – Dobrze. Zróbmy tak. Przejdziemy teraz do drugiej sali aby zrobić ci wszelkie badania. Po badaniach się z wami pożegnam i poproszę, abyście jutro zjawili się odebrać wyniki, dobrze?

- Oczywiście. Tylko o której godzinie? – spytałam.

- O tej samej.

- Dobrze. – kiwnęliśmy głową.

- To zapraszam ciebie Carlos do drugiego pokoju. – niechętnie kiwnął głową i podniósł się z krzesła ruszając za doktorem. Po chwili drzwi  się zamknęły.

- I co o tym sądzisz? – spytał James siadając na krześle z którego przed chwilkę zszedł Latynos.

- Sama nie wiem, ale mam wielką nadzieję, że to nic poważnego.

 

***

Lucy wraz z Amber zaprowadziły Camille do siebie. Dziewczyna najwidoczniej pomału ma nas dosyć. Łazimy za nią i nie spuszczamy jej z oczu nawet na krok. Bardzo ją to irytowało, lecz wiedziała, że robimy to i wyłącznie dla jej dobra. Kiedy udało jej się w końcu namówić nas na to, żeby wreszcie spędziła chwilkę czasu sama, czym prędzej ruszyła w stronę swojego mieszkania. Amber oznajmiła, że musi się powolutku zwijać gdyż ma spotkanie z szefem, a Lucy umówiła się na wieczór z Louisem. Ja natomiast muszę zadzwonić do Kendalla i powiedzieć mu w końcu, że nie chcę przeprowadzki.

Łapiąc za telefon szybko wybrałam jego numer podchodząc do okna, aby mieć lepszy zasięg. Odebrał po dwóch sygnałach.

- Hej. Coś się stało? – spytał z troską.

- Nie. Chciałam z tobą pogadać. Przyjdziesz na dłuższą chwilę?

- Wiesz. W tej chwili nie mogę, bo jestem z Loganem w mieszkaniu. Chłopaków nie ma, gdzieś wyszli, a wolimi nie zostawić Logana samego w jego stanie.

- Więc równie mocno to przeżył.

- Jak wszystkie inne ich zerwania. – powiedział tak, jakby sprawa z ich zerwaniem nie była niczym nowym.

- Coś mi się wydaje, że tym razem, to cos poważniejszego.

- Myślisz?

- Ja tak nie myślę. Ja to wiem. – rzekłam.

- No dobrze. Odejdźmy od tematu. O czym chciałaś pogadać?

- Będę ci przeszkadzać jak wpadnę na chwilę do ciebie? – spytałam.

- Oczywiście, że nie.

- To za chwilkę będę.

- Czekam. – rozłączyłam się.

Bez pośpiechu wyszłam z mieszkania zamykając go na klucz, po czym udałam się w stronę apartamentu chłopaków. Nie minęły trzy minuty, a ja już byłam na miejscu. Blondyn wpuścił mnie do środka proponując mi coś do picia, jednak ja przeczącym kiwnięciem głowy zasiadłam na kanapie.

- Gdzie Logan? – spytałam, nie widząc go w salonie.

- W pokoju. – usiadł obok mnie. – To o czym chciałaś pogadać?

- O naszej przeprowadzce.

- Słucham. – powiedział, chyba przeczuwając do czego zmierzam.

- Nie chcę się wyprowadzać z PalmWoods. Tu mi dobrze. Jesteśmy wszyscy razem, a dziwnie czułabym się wiedząc, że wszyscy przyjaciele mieszkając tu, a mu gdzie indziej. – popatrzyłam na niego uważnie. Chyba zasmuciła go moja odpowiedź.

- Dobrze wiesz, że chcę, aby nam w końcu było dobrze.

- A tutaj nie jest nam dobrze?

- Jest, ale myślę też o dziecku.

- Jeszcze osiem miesięcy Kendall.

- Tak, wiem, ale uważam, że wychowywanie małego dziecka w hotelu to trochę kiepski pomysł.

- To jak będę w ósmym miesiącu, to wtedy się wyprowadzimy.

- Wtedy już może nie być takiej okazji, jak ta.

- Nie chcę się śpieszyć. Zrozum mnie.

- Rozumiem, ale… – urwał. Cicho westchnął i rzucił wzrok na stolik. Nagle przemknęło mi coś przez myśl. Delikatnie się uśmiechnęłam, choć jeszcze nie jestem pewna, czy o to chodzi. Zbliżyłam się do niego i kładąc splecione dłonie na jego ramieniu położyłam na nich głowę.

- Tu bardziej nie chodzi o dziecko, prawda? – spojrzał na mnie w trochę zawstydzony.

- Nie rozumiem. – kłamał.

- Rozumiesz, rozumiesz. – wyprostowałam się i zawiesiłam ręce na jego szyi. – Tu nie chodzi o stosunki z sąsiadami, nie o paparazzi i nie o dziecko, znaczy też, ale nie tak bardzo jak o to, że w końcu chcesz ze mną zamieszkać, prawda? Chcesz abyśmy byli sam na sam w wielkim domu tylko dla nas. Uwolnić się z rąk natrętnego Bittersa i wszystkich innych aby w końcu mieć mnie całą do siebie. – uśmiechnęłam się zadziornie. – Chcesz zrobić w końcu ten progres, stać się odpowiedzialny i sprawić, abyśmy czuli się jak rodzina. Jak para małżonków oczekujących swojego pierwszego dziecka.

- Aż taki jestem przewidywalny? – uśmiechnęłam się.

- Czemu mi od razu nie powiedziałeś? Przecież to nic wielkiego.

- Wiem, ale jakoś wolałem zatrzymać to dla siebie. – parsknęłam śmiechem. – To nie chcesz się wyprowadzać?

- Jak na razie nie.

- Ok. – odrzekł lekko zawiedziony. – Co nie oznacza, że się w ogóle nie wyprowadzimy. Mogę ci obiecać, że jak już mała podrośnie… – pogłaskałam się po brzuchu. – … to na pewno się wyprowadzimy. Tylko chwilę cierpliwości Kendall. To, że nie mieszkamy razem w super domu, nie oznacza, że nie staniemy się rodziną. – opuszkami palców gładziłam jego policzek. Odwrócił głowę i spojrzał mi w oczy, po czym nachylając się musnął delikatnie moje usta.

 

***

Odprowadziłyśmy wraz z Amber Camille do domu. Zasługuje na chwilę samotności.

- Ja się zbieram. Muszę jechać do agencji. Szef wzywa. – powiedziała od niechcenia.

- Współczuję. – oznajmiłam szczerze.

- Non stop muszę jeździć do pracy. Jakby tego było mało! Nawet nie mam chwili spokoju. Dobra. Idę, bo się spóźnię i wtedy będzie źle. – powiedziała, po czym żegnając się ze mną ruszyła w kierunku windy. Natomiast ja, czym prędzej poszłam do swojego mieszkania. Za dwie godziny mam randkę z Louisem. Wypadałoby już się przygotować. Będąc w domu, nalałam sobie wody do wanny, a w między czasie, gdy woda się lała naszykowałam sobie strój na dzisiejszy wieczór. Postanowiłam ubrać czarną sukienkę na ramiączka, od pasa w górę była w formie gorsetu, a dolna część sukienki spływała do kolan. Buty miałam tego samego koloru na wysokim obcasie. W między czasie pomyślałam nad fryzurą. Postanowiłam, że uczeszę się w koka zostawiając kilka spadających kosmyków włosów.

Po upływie niespełna dwóch godzin robiłam ostanie poprawki. Stanęłam raz jeszcze przed lusterkiem i pomalowałam swoje usta czerwoną szminką. Zerknęłam na zegarek. Jeszcze pięć minut. Zaraz… czyta mi w myślach. Włożyłam szminkę do torebki, po czym zabierając ją ze sobą otworzyłam Louisowi drzwi. Był ubrany w czarne jeans’owe spodnie, czarną koszulę i marynarkę mającą jaśniejszy odcień koloru czarnego. Wyglądał bardzo dobrze. Przekroczył próg mojego mieszkania wręczając mi bukiecik czerwonych róż.

- Dziękuję. – zarumieniłam się całując go delikatnie w policzek. Poszłam szybciutko odłożyć je do wazonu, a następnie wróciłam do czekającego na mnie chłopaka. Wyszliśmy z mieszkania trzymając się za ręce.

- To gdzie mnie zabierasz?

- Zobaczysz. – uśmiechnął się.

Po dwudziestu minutach byliśmy pod jedną z najwykwintniejszych restauracji w Los Angeles.

- Jesteś pewny. Tu jest bardzo drogą. – spojrzał na mnie, jak na mało rozumną dziewczynkę, po czym weszliśmy do środka.

- Dobry wieczór. Mieliśmy rezerwacje na dziś wieczór.

- Nazwisko?

- Foster.

- Zgadza się. Stolik numer dziewięć. Kelner zaprowadzi. Życzę miłego wieczoru.

- Dziękujemy.

Zasiedliśmy przed stołem, a ja oglądałam całe wnętrze restauracji. Dominował kolor czerwony, gdzie niegdzie pojawiły się odcienie białego. Na środku wysiał wielki złoty żyrandol, a po bok małe lampki oświecające całe pomieszczenie. W tle leciała wolna, spokojna muzyka. Czułam się jak jakaś księżna na wykwintnej kolacji z mym rycerzem.

- Podoba ci się? – spytał, wyrywając mnie z obserwacji.

- Jest pięknie. Nie spodziewałam się, że zabierzesz mnie do takiej restauracji. – uśmiechnęłam się szeroko.

- Mam dla ciebie prezent.

- Naprawdę? – spytałam mile zaskoczona. On kiwnął tylko twierdząco głową, a następnie wyciągnął z kieszeni marynarki kopertę i kładąc ją na stole przesunął ją w moją stronę. Miałam lekkie zawahania co do jej otwarcia, jednak prośba otwarcia jej ze strony Louisa wywarła we mnie duży zapał otworzenia jej. Wzięłam do ręki bialutką jak sufit tej restauracji kopertę, po czym otwierając wyciągnęłam z niej dwa bilety. Szybko sprawdziłam na co.

- Tygodniowy rejs po Karaibach? – spytała z niedowierzenia.

- Zgadza się. – oczy mi zabłyszczały, a szczęka opadła.

- Naprawdę? Jedziemy na Karaiby?

- Naprawdę. – zaśmiał się z mojego zaskoczenia.

- Aaaa! – pisnęłam, wstając z krzesła i siadając mu na kolanach mocno przytuliłam się do niego. Swoim piskiem zwróciłam uwagę wszystkich gości restauracji łącznie z personelem. Spojrzałam na ludzi, po czym zawstydzona przeprosiłam za mój napad szczęścia. Szybko wrócili do swoich zajęć, a ja pełna entuzjazmu ucałowałam Louisa z całych sił.

____________________________________________

Hej :) Przepraszam Was najmocniej, za to, że wczoraj nie pojawił się rozdział, ale wczoraj prądu nie miałam  i nie mogłam jak wstawić rozdziału oraz pozbawiono mnie możliwości nadrobienia waszych blogów :/ Na szczęście elektrownia zrobiła to co do nich należy i bum! jest rozdział :)
Przepraszam Was najmocniej za jakiekolwiek wyczytane błędy, lecz niedawno wróciłam z miasta :/ a zaraz muszę wychodzić, bo mam małe spotkanie rodzinne :/
Mimo to mam nadzieję, że rozdział się podobał :)
Widzimy się w przyszły weekend :)

Pozdrawiam Stelss :**************

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 8 komentarzy